Jednocześnie jednak, gdy tylko zawołałem tak w swej ślepej niedoli, ogarnął mnie ogromny wstyd. Nagle stało się bowiem dla mnie jasne, że cnota stwórcy nie jest tym samym, co cnota stworzenia. Stwórca, gdyby kochał swoje stworzenie, kochałby jedynie część samego siebie, podczas gdy stworzenie, wielbiąc stwórcę, wielbi wykraczającą daleko poza nie nieskończoność. Zrozumiałem, że cnotą stworzenia było kochać i wielbić, ale cnotą stwórcy było tworzyć i być nieskończonym, niedoścignionym i niepojętym celem czczących go stworzeń.
Jeszcze raz, ale pośród wstydu i uwielbienia, krzyknąłem do swego sprawcy. Powiedziałem:
— Wystarczy, a nawet więcej niż wystarczy, być stworzeniem tak straszliwego i wspaniałego ducha, którego potęga jest nieskończona, którego natura wykracza poza granice zrozumienia nawet myślącego kosmosu. Wystarczy być stworzonym, na chwilę ucieleśnić nieskończonego i burzliwie twórczego ducha. W zupełności wystarczy być użytym choćby jako roboczy szkic dla jakiegoś przyszłego, doskonalszego stworzenia.
Spłynął wówczas na mnie dziwny spokój i dziwna radość.
Spoglądając w przyszłość, widziałem bez żalu, a raczej z cichym zainteresowaniem, swój własny uwiąd i upadek. Widziałem, jak populacje gwiezdnych światów zużywają coraz więcej zasobów dla utrzymania swych skromnych cywilizacji. Poddały dezintegracji tak znaczną część wewnętrznej materii gwiazd, że ich światom groziło zapadnięcie się. Niektóre z nich rzeczywiście zawaliły się w próżne wnętrza, niszcząc podziemnych mieszkańców. Zanim nadszedł ten punkt krytyczny, większość udało się przetworzyć, cierpliwie rozebrać na kawałki i odbudować w mniejszej skali. Każdą gwiazdę kolejno przemieniono w świat zaledwie planetarnej wielkości. Niektóre nie były nawet większe od księżyca. Same populacje zmniejszyły się zaledwie do jednej milionowej pierwotnej liczebności. W każdym małym, pustym w środku ziarenku mieścił się zaledwie szkielet cywilizacji, żyjących w coraz nędzniejszych warunkach.
Patrząc na przyszłe eony z kulminacyjnego momentu kosmosu widziałem, jak populacje z całych sił utrzymują najważniejsze elementy swej starożytnej kultury, wciąż z zapałem przeżywają osobiste żywoty, wciąż praktykują relacje telepatyczne między światami, wciąż telepatycznie dzielą się tym, co wartościowe w duchach ich światów, wciąż utrzymują prawdziwą kosmiczną wspólnotę z jednym, kosmicznym umysłem. Widziałem, że wciąż trwa, choć z coraz większym trudem, moja świadomość, walcząca z początkami otępienia i zniedołężnienia, pozbawiona już nadziei na osiągnięcie wspanialszego stanu niż to, co już znała ani na położenie przed Sprawcą Gwiazd mniej nieodpowiedniego klejnotu uwielbienia, żyjąca jedynie czystym głodem doznań i z lojalności wobec ducha.
Dopadł mnie jednak nieunikniony rozkład. Kolejne światy, zmagające się z coraz większymi trudami ekonomicznymi, zmuszone były zmniejszyć populację poniżej poziomu wymaganego do funkcjonowania własnego wspólnotowego umysłu. Wówczas, jak ulegający degeneracji ośrodek mózgu, nie mógł już wypełniać swojej roli w kosmicznym doświadczeniu.
Patrząc naprzód ze swojego miejsca w kulminacyjnym momencie kosmosu, widziałem, jak ja, kosmiczny umysł, powoli podążam ku śmierci. Ale w moim ostatnim eonie, gdy wszystkie moje moce gasły, a brzemię mojego rozkładającego się ciała mocno uwierało osłabioną odwagę, nadal pocieszało mnie odległe wspomnienie o dawnej przytomności ducha. Albowiem wiedziałem, że nawet w mym ostatnim, najżałośniejszym wieku nadal pada na mnie pełen zapału, choć odległy wzrok Sprawcy Gwiazd.
Nadal przyglądając się przyszłości z chwili swojej najwyższej, niegasnącej jeszcze dojrzałości, widziałem swoją śmierć, ostatni rozpad tych telepatycznych kontaktów, od których zależało moje istnienie. Od tej pory garstka pozostałych przy życiu światów żyła w absolutnej izolacji, w tym barbarzyńskim stanie, jaki ludzie zwą cywilizowanym. Następnie zaś na kolejnych światach upadały podstawy materialnej cywilizacji, a w szczególności techniki dezintegracji atomowej i fotosyntezy. Świat po świecie albo doprowadzał przypadkiem do eksplozji resztki zasobów materii i przemieniał się w rozszerzającą się, gasnącą sferę fal świetlnych w nieprzeniknionej ciemności, albo umierał żałośnie w głodzie i chłodzie. Teraz w całym kosmosie nie pozostało już nic poza ciemnością i ciemnymi kłębami kurzu, które dawniej były galaktykami. Minęły nieprzeliczone eony.Jedna po drugiej każda chmura pyłu zapadała się w sobie w wyniku grawitacyjnego wpływu swych części składowych, aż ostatecznie, nie bez ognistych kolizji między wędrownymi ziarenkami, cała materia w każdym z kłębów skupiła się w jedną bryłę. Ciśnienie ogromnych, zewnętrznych rejonów ogrzewało wnętrze każdej z nich, rozpalając w niej żar, a nawet eksplozje. Ostatnie zasoby kosmosu powoli uchodziły w formie promieniowania z chłodniejących brył i nie pozostało nic poza skałą i niewyobrażalnie słabymi szmerami promieniowania poruszającymi się we wszystkich kierunkach po całym, wciąż „rozszerzającym się” kosmosie, o wiele za wolno, by pokonać rosnące przepaście między odizolowanymi kamiennymi ziarenkami.
Tymczasem, jako że każdy skalisty glob, który dawniej był galaktyką, oddalił się od wszelkiego możliwego fizycznego wpływu podobnych sobie i nie było już umysłów, które utrzymywałyby między nimi kontakt, każdy w zasadzie stanowił teraz osobny wszechświat. A jako że ustały wszelkie zmiany, ustał też czas każdego z jałowych wszechświatów.