Wielokrotnie rozdzielał te dwa aspekty siebie jako dwa niezależne duchy i pozwalał im walczyć w kosmosie o dominację. Jeden taki kosmos, składający się z trzech połączonych wszechświatów, przypominał nieco chrześcijańską ortodoksję. Pierwszy z wszechświatów zamieszkany był przez pokolenia stworzeń obdarzonych w różnym stopniu wrażliwością, inteligencją i moralnością. Tu oba duchy grały o dusze tych istot. „Dobry” duch napominał, pomagał, nagradzał, karał; „zły” zwodził, kusił i niszczył moralnie. Po śmierci istoty przechodziły do jednego z dwóch kolejnych wszechświatów, stanowiących bezczasowe niebo i bezczasowe piekło. Tam doświadczali wiecznej chwili ekstatycznego zrozumienia i uwielbienia albo też skrajnego cierpienia i żalu.
Gdy mój sen ukazał mi ten prostacki, barbarzyński obraz, początkowo ogarnęło mnie przerażenie i niedowierzanie. Jakże Sprawca Gwiazd, nawet w swej niedojrzałości, mógł skazać swoje stworzenia na męczarnie za słabość, którą sam im nadał? Jakże tak mściwe bóstwo mogło domagać się czci?
Na próżno wmawiałem sobie, że we śnie musiało dojść do zupełnego zafałszowania rzeczywistości. Byłem bowiem przekonany, że pod tym względem sen nie był fałszywy, ale w jakimś sensie prawdziwy, przynajmniej symbolicznie. Ale nawet w obliczu tego brutalnego czynu, nawet pośród odrazy i zgrozy, oddawałem hołd Sprawcy Gwiazd.
Aby usprawiedliwić przed sobą samym tę cześć, mówiłem sobie, że ta straszliwa tajemnica wykraczała znacznie poza moje zrozumienie i że w jakimś sensie nawet tak rażące okrucieństwo musi — w Sprawcy Gwiazd — być słuszne. Czyżby barbarzyństwo było jego cechą tylko w niedojrzałym okresie? Czy później, gdy już był w pełni sobą, w końcu z niej wyrósł? Nie! Wiedziałem już w głębi duszy, że ta bezlitosność miała manifestować się nawet w ostatnim kosmosie. Czy w takim razie mógł istnieć jakiś kluczowy fakt, który przeoczyłem, który uzasadniałby taką mściwość? Czyżby po prostu wszystkie istoty rzeczywiście stanowiły jedynie wytwory mocy twórczej i dręcząc je, Sprawca Gwiazd zadręczał tylko sam siebie w ramach swojej samoekspresji? Czy też może nawet samego Sprawcę Gwiazd, choć niewątpliwie był potężny, ograniczały pewne absolutne zasady logiczne i jedną z nich była nierozerwalna więź między zdradą a żalem u na poły przebudzonych duchów? Czyżby, w tym dziwnym kosmosie, po prostu zaakceptował i wykorzystał te nieuniknione ograniczenia swojej sztuki? Czy też może oddawałem cześć Sprawcy Gwiazd tylko jako „dobremu” duchowi, a nie „złemu”? A może poprzez to rozszczepienie w istocie starał się usunąć z siebie zło?
Niektóre z tych wyjaśnień sugerowała dziwna ewolucja tego kosmosu. Jako że jego mieszkańcy dysponowali w większości niskim poziomem inteligencji i moralności, piekło wkrótce się przepełniło, podczas gdy niebo pozostawało niemal puste. Ale Sprawca Gwiazd w swoim „dobrym” aspekcie kochał swoje stworzenia i im współczuł. „Dobry” duch wkroczył więc w doczesną sferę, by odkupić winy grzeszników swoim własnym cierpieniem. W końcu więc niebo się zaludniło, choć piekło nadal się nie wyludniało.
Czyżbym więc czcił tylko „dobry” aspekt Sprawcy Gwiazd? Nie! Irracjonalnie, ale z przekonaniem, oddawałem hołd Sprawcy Gwiazd jako zawierającemu oba aspekty jego dwojakiej natury, zarówno „dobry”, jak i „zły”, łagodny i straszliwy, idealnie ludzki i niezrozumiale bestialski. Jak zauroczony kochanek, który zaprzecza oczywistym wadom swojej ukochanej lub je usprawiedliwia, próbowałem umniejszać nieludzkość Sprawcy Gwiazd, a nawet się nią rozkoszowałem. Czy w mojej własnej naturze było więc coś okrutnego? Czy też moje serce w niejasny sposób rozpoznało, że miłość, ostateczna cnota wszystkich stworzeń, nie może u stwórcy być absolutna?
Ten tragiczny i nierozwiązywalny problem znów dręczył mnie przez cały czas trwania snu. Pojawiło się na przykład dzieło, w którym obu duchom pozwolono walczyć w nowy, subtelniejszy sposób. We wczesnej fazie kosmos ten przejawiał jedynie cechy fizyczne, ale Sprawca Gwiazd sprawił, że jego potencjał miał stopniowo przejawiać się w pewnego rodzaju żywych stworzeniach, które, z pokolenia na pokolenie, miały przezwyciężyć czystą fizyczność, by ewoluować w kierunku rozwoju intelektu i przytomności ducha. W tym kosmosie pozwolił, aby „dobry” i „zły” duch konkurowały nawet przy samym konstruowaniu tych istot.
Przez długie wczesne wieki duchy walczyły podczas ewolucji niezliczonych gatunków. „Dobry” duch starał się stworzyć istoty bardziej zorganizowane, bardziej indywidualne, delikatniej powiązane ze swoim środowiskiem, sprawniejsze, bardziej świadome swojego świata, siebie i innych. „Zły” duch próbował zakłócać to przedsięwzięcie.
Organy i tkanki wszystkich gatunków manifestowały w sobie konflikt tych dwóch duchów. Czasami „zły” duch sporządzał z pozoru nieistotne, ale podstępne i ostatecznie śmiercionośne dla istot cechy, takie jak wyjątkowa podatność na pasożyty, jakaś słabość układu pokarmowego, niestabilność układu nerwowego. W innych przypadkach „zły” duch wyposażał jakiś niższy gatunek w specjalną broń służącą do zniszczenia pionierów ewolucji, aby ci poddali się jakiejś nowej chorobie czy też szkodnikom niszczącym ich własny kosmos, albo co bardziej brutalnym przedstawicielom własnego gatunku.
Zły duch czasami korzystał z jeszcze przebieglejszego podstępu. Gdy „dobry” duch wpadł na jakiś obiecujący pomysł, wprowadzając u faworyzowanego przez siebie gatunku nową strukturę organiczną lub sposób zachowania, zły duch sprawiał, że proces ewolucji trwał długo jeszcze po osiągnięciu stanu idealnego dopasowania do potrzeb danej istoty. Zęby rosły tak wielkie, że utrudniały jedzenie, ochronne skorupy stawały się na tyle ciężkie, że utrudniały ruch, rogi zakrzywiały się tak, że naciskały na mózg, impuls indywidualizmu stawał się na tyle silny, że niszczył społeczeństwo, albo impuls społeczny tak ogromny, że niszczył wszelką indywidualność.