Opowiadał więc swoje życie, wszystkie szczegóły rozpusty, jakiej się dopuszczano w jego domu. Nikt nie pomyślał nawet krzyczeć „shocking!” w miejscach nieprzyzwoitych jego mowy, bo wszakże to była spowiedź publiczna.
Nie wolno mu było nic zataić, mówił wszystko i bez ogródki. Wyznanie to nie było bynajmniej budujące, ale intencja była czysta.
Gdy skończył, rzucił się na kolana i prosił współobywateli pokornie o przebaczenie, przysięgając, że będzie się starał życiem uczciwym odtąd okupić przeszłość.
Przez kwadrans cały głośne okrzyki i brawa rozlegały się po sali; przy wejściu oczekiwano na Johna Allène’a. Każdy chciał uścisnąć go za rękę, kobiety wzruszone płakały nad nim, winszowały mu i pocieszały, jak mogły. Coickedestman wielkie miał powodzenie.
Wszyscy pastorowie protestanccy od tej chwili mieli staranie o nowo nawróconego. Dusze pobożne dla zachęty dawały mu pieniądze.
On zaś wypędził lokatorów ze swego domu i zamienił salę karczmy na salę nauki kościelnej. Jeden kaznodzieja poświęcił się przychodzić nauczać tu motłoch z Five Points. Przez ciekawość wszyscy chodzili tam słuchać kazań i oglądać dom zatracenia przemieniony w kościół.
Czasami też i John Allène głos zabierał, a zwracając się do dawnych towarzyszy rozpusty, namawiał ich, żeby się nawrócili i poszli za głosem Zbawiciela.
Jego wymowa, zdawało się, płynęła z serca; objawiał najdoskonalszą skruchę.
Ludzie na wysokim nawet stanowisku okazywali względy Allène’owi, zapraszali go do siebie.
Dzienniki, w szczególności „Tribune”, poświęcały codziennie długie artykuły temu godnemu człowiekowi, kanonizowano go już w połowie, nazywano poczciwym, zacnym gentlemanem. Artykuły te były drukowane we wszystkich dziennikach amerykańskich, tak dalece, że w przeciągu miesiąca stał się Allène najsławniejszym człowiekiem na lądzie.