Nic nie powiem o małej przygodzie, jaka spotkała tego dobrego Greeleya w Paryżu i która napełniła jego duszę zawziętą nienawiścią dla Francji.
Pan Young jest także Yankeesem; rodził się w Pensylwanii.
„World” zostaje pod kierunkiem pana Marble z Nowego Jorku i pana Henryka Hurlberta, także z Nowego Jorku.
Ten ostatni jest także jednym z najznakomitszych dziennikarzy Stanów Zjednoczonych. O nim można powiedzieć, że nie używa języka angielskiego, pisząc po angielsku, ale raczej francuskiego.
Język angielski jest bardzo bogaty, bardzo piękny, ale zbywa mu na giętkości i delikatności. Jest to język businessu w całym znaczeniu tego wyrazu. Jest on praktyczny, trafia do celu, krótki, zwięzły. Okazać w tym języku naukę, inteligencję, łatwo, ale być dowcipnym niepodobna.
Igraszki słów, gry zagadkowe, zwroty dowcipne, metafory poetyczne nie udają się wcale po angielsku.
Język ten rzeczywiście wywarł wielki wpływ na charakter ludów, które nim mówią. I dlatego zwyczajną jest rzeczą znaleźć Anglika rozumnego, ale bardzo rzadką spotkać się z dowcipnym. Pan Hurlbert wszelako jest mądry i dowcipny zarazem, posiada nawet dowcip paryski; mówi po francusku jak mieszkaniec bulwaru i ma dar czynić język angielski nie tak ciężkim i grubym. Pisze on, powtarzam, po angielsku, językiem francuskim. Artykuły jego są wysoko cenione i jego to posyłają po korespondencje do Europy. Te, które on przed kilkoma laty wysłał z Paryża, były zupełnie humorystyczne, i ten rodzaj nowy w Ameryce miał tam wielkie powodzenie.
Oryginalność nieznana jest w Nowym Świecie; mniemane zatem ekscentryczności amerykańskie, opowiadane w Paryżu, tak się zgadzają z prawdą jak pojedynki po amerykańsku.
Nie ma narodu w świecie, który by tak nienawidził pojedynku, jak naród amerykański.
Pan Henryk Hurlbert jest jedynym może oryginałem w niepodobnych72 rzeczach.