— Myślałem, że istnieli ludzie prawdziwie królewscy — odpowiedział — ale może być tak, jak twierdzisz. Jednak mimo wszystko nie włożę tej szaty, nie dam się koronować tą koroną, lecz tak jak przybyłem do tego pałacu, tak też z niego wyjdę.
A potem rozkazał, aby opuścili go wszyscy oprócz jednego pazia, chłopca młodszego od niego o rok, którego zostawił sobie do pomocy. Wziął kąpiel w krystalicznej wodzie, a następnie otworzył wielką malowaną szkatułę. Wyjął z niej skórzaną tunikę i zgrzebny płaszcz z owczej skóry, które nosił, kiedy na zboczu góry pilnował kudłatych kóz pasterza. Nałożył je na siebie, a do ręki wziął swój prosty kij pasterski.
A mały paź otworzył szeroko wielkie, niebieskie oczy i uśmiechając się, zapytał:
— Mój panie, widzę, że masz szatę i berło, ale gdzie twoja korona?
A królewicz zerwał gałązkę dzikiej róży pnącej się po balkonie.
Zgiąwszy ją, utworzył obręcz, którą włożył na głowę.
— To będzie moja korona — odpowiedział.
A następnie, tak przyodziany, wyszedł ze swej komnaty i udał się do Wielkiej Sali, gdzie oczekiwali go szlachetnie urodzeni.
A na jego widok wśród zgromadzonych wybuchł śmiech i niektórzy wołali:
— Panie, ludzie czekają na króla, a ty ukazujesz im żebraka.