A kapitan galery zaśmiał się, sięgnął po perłę, przycisnął ją do czoła i złożył pokłon.
— Ta będzie przeznaczona — powiedział — na berło dla królewicza.
I dał znak pomocnikom, aby podnieśli kotwicę.
Usłyszawszy to, królewicz wydał z siebie głośny krzyk i obudził się. Za oknem ujrzał długie, szare palce poranka chwytające gasnące gwiazdy.
Królewicz ponownie zasnął, a kiedy spał, przyśnił mu się taki oto sen:
Zdawało mu się, że wędrował przez ciemną puszczę, pełną dziwnych owoców i pięknych trujących kwiatów. Przy jego nogach syczały żmije, a barwne papugi, skrzecząc, przelatywały z gałęzi na gałąź. Ogromne żółwie spały na rozgrzanym błocie. Drzewa pełne były małp i pawi.
Szedł tak przez długi czas, aż dotarł na skraj puszczy, gdzie ujrzał ogromne zbiorowisko mężczyzn pracujących w korycie wyschniętej rzeki. Cisnęli się przy urwisku tłumnie niczym mrówki. Wykopywali głębokie szyby, do których następnie schodzili. Niektórzy rozłupywali kamienie wielkimi kilofami, inni grzebali w piasku.
Wyrywali kaktusy z korzeniami i deptali ich szkarłatne kwiaty. Wszyscy się śpieszyli i nawoływali, a każdy miał pełne ręce roboty.
Z mroku jaskini przyglądały im się Śmierć i Chciwość. Śmierć powiedziała:
— Jestem znużona. Daj mi trzecią część tych ludzi, a odejdę.