Syn gwiazdy poszedł więc za zającem i oto ujrzał, że w szczelinie ogromnego dębu leżała bryłka białego złota, której poszukiwał. Przepełniony radością chwycił ją i rzekł do zająca:
— Za przysługę, którą ci oddałem, zrewanżowałeś się po wielekroć, a za życzliwość, którą ci okazałem, odpłaciłeś mi stokrotnie.
— Ależ skąd — odpowiedział zając — po prostu tak jak ty postąpiłeś ze mną, tak ja postąpiłem z tobą.
I pokicał żwawo, a syn gwiazdy ruszył w stronę miasta.
U bram miasta siedział mężczyzna dotknięty trądem. Jego twarz osłaniał kaptur z szarego płótna, przez którego otwory widać było jego oczy lśniące niczym dwa czerwone węgielki. Gdy trędowaty zobaczył, że syn gwiazdy się zbliża, zabrzęczał dzwonkiem i rzekł do niego:
— Poratuj mnie jakąś monetą, bo inaczej umrę z głodu. Wypędzili mnie z miasta i nie ma nikogo, kto by się nade mną ulitował.
— Niestety! — zawołał syn gwiazdy. — W mojej sakiewce jest tylko jedna bryłka złota i jeżeli nie przyniosę jej memu panu, wychłoszcze mnie, gdyż jestem jego niewolnikiem.
Ale trędowaty błagał go i zaklinał, aż syn gwiazdy ulitował się i dał mu złotą bryłkę. Gdy wrócił do domu czarodzieja, ten otworzył mu drzwi, wprowadził do środku i zapytał:
— Czy masz bryłkę białego złota?
Syn gwiazdy odpowiedział: