Sur le marbre d’un escalier.168

Jakież przecudne! Czytając, ma się wrażenie, jakby się płynęło po zielonych wodach miasta goździków i pereł, siedząc w czarnej gondoli o srebrnym dziobie i rozwianych firankach. Same wiersze wydawały mu się niczym owe proste wstęgi turkusowego błękitu, biegnące za nami, gdy płyniemy na Lido169. Nagłe błyski barw przypomniały mu lśniące opalem i tęczą upierzenie ptaków, latających dokoła wysokiej, podziurawionej Campanili170 albo kroczących z tak poważnym wdziękiem wzdłuż ciemnych, zakurzonych arkad. Oparłszy się wygodnie, z na pół przymkniętymi oczami, powtarzał wciąż sobie:

Devant une façade rose,

Sur le marbre d’un escalier.

W tych dwóch wierszach mieści się cała Wenecja. Przypomniał sobie spędzoną tam jesień i ową dziwną miłość, która popchnęła go do szalonych, rozkosznych wybryków. Wszędzie są romanse. Tylko że Wenecja, podobnie jak Oxford, zachowała romantyczne tło, a dla prawdziwego romantyka tło jest wszystkim lub niemal wszystkim. Bazyli bawił tam z nim przez pewien czas i szalał za Tintorettem171. Biedny Bazyli! Jakie to okropne umrzeć w ten sposób!

Westchnął i wziął znowu książkę do ręki, starając się zapomnieć. Czytał o jaskółkach172, wpadających i wyfruwających z kawiarenki smyrneńskiej173, gdy hadżdżi174, siedząc, liczą swe bursztynowe paciorki, a kupcy w turbanach, paląc fajki na długich cybuchach, prowadzą poważne rozmowy; czytał o obelisku z Place de la Concorde175, wylewającego na samotnym, bezsłonecznym wygnaniu łzy granitowe z tęsknoty za pokrytym lotosami Nilem, za sfinksami, za czerwonymi jak róże ibisami176, za białymi sępami o złocistych szponach i za krokodylami o małych berylowych oczach, pełzających po zielonym, parującym mule; dumał nad owymi wierszami, wydobywającymi muzykę ze skalanego pocałunkami marmuru, opiewającymi ów dziwny posąg177, porównywany przez Gautiera z głosem kontraltowym, „monstre charmant178, spoczywający w komnacie porfirowej Luwru. Po pewnym czasie jednak książka wypadła mu z rąk. Opanowało go zdenerwowanie i przebiegł przezeń straszny wstrząs trwogi. Co będzie, jeżeli Alan Campbell wyjechał z Anglii? Przeminą całe dnie, zanim powróci. A może odmówi przyjścia. Co wówczas robić? Każda chwila miała poważne znaczenie.

Byli kiedyś wielkimi przyjaciółmi, przed pięciu laty, zaiste niemal nierozłącznymi. Nagle zażyłość ta ustała. Gdy spotykali się teraz w towarzystwie, tylko Dorian Gray się uśmiechał, Alan Campbell — już nigdy.

Był to niezwykle mądry młody człowiek, mimo że miał mało rzeczywistego zrozumienia dla sztuk plastycznych, a pewne słabe odczucie piękna poezji, jakie posiadał, zawdzięczał wyłącznie Dorianowi. Przeważającym zamiłowaniem jego umysłu była nauka. W Cambridge poważną część czasu spędzał na pracy laboratoryjnej, a egzamin z nauk przyrodniczych zdał z dobrym rezultatem. Obecnie stale poświęcał się badaniom chemicznym, do czego urządził sobie własne laboratorium, w którym zamykał się po całych dniach, ku wielkiemu utrapieniu matki, marzącej dla niego o krześle w parlamencie i mającej mętne wyobrażenie, że chemik jest pracownikiem sporządzającym recepty. Poza tym był jednak doskonałym muzykiem i grał na skrzypcach i fortepianie lepiej od wielu amatorów. Muzyka była też pierwszym powodem jego zbliżenia z Dorianem Grayem, muzyka i ów nieuchwytny wpływ, jaki zdawał się wywierać Dorian, gdy tego pragnął, i naprawdę wywierał często bezwiednie. Poznali się u lady Berkshire na wieczorze, na którym grał Rubinstein179, odtąd widywano ich zawsze razem w operze i wszędzie, gdzie była dobra muzyka. Zażyłość ta trwała przez półtora roku. Campbell przebywał stale w Selby Royal albo na Grosvenor Square. Dla niego, jak dla wielu innych, Dorian Gray był cudownym i zachwycającym wzorem życiowym. Nie wiedziano, czy zaszła między nimi jakaś sprzeczka. Zauważono jednak nagle, że spotykając się, mówią do siebie skąpo i że Campbell jakby wcześniej starał się opuszczać towarzystwo, w którym był obecny Dorian Gray. Zmienił się też bardzo — bywał chwilami dziwnie przygnębiony, wydawało się, że nie lubił słuchać muzyki i sam nie chciał nigdy grać, tłumacząc się, gdy go o to pytano, iż nauka zajmuje mu tyle czasu, że nie ma kiedy ćwiczyć się w muzyce. Istotnie było to prawdą. Z każdym dniem zdawał się być coraz bardziej zajęty biologią i jego nazwisko wymieniono raz czy dwa razy w którymś z kwartalników naukowych w związku z jakimiś ciekawymi badaniami.

Na tego człowieka oczekiwał Dorian Gray. Co sekundę spoglądał na zegar. Z każdą minutą wzmagał się strasznie jego niepokój. Wreszcie podniósł się i zaczął biegać po pokoju, wyglądając jak piękne zwierzę w klatce. Stawiał kroki długie i nierówne. Jego ręce były dziwnie zimne.

Czekanie stawało się nie do zniesienia. Czas zdawał mu się wlec ołowianymi stopami, a on sam jakby huraganem zapędzony na kraj czarnej przepaści czy otchłani. Wiedział, co się tam na niego czai; widział to dokładnie i drżąc, przyciskał wilgotne palce do płonących powiek, jak gdyby chciał mózg swój pozbawić wzroku, a źrenice wtłoczyć wgłąb oczodołów. Na próżno. Umysł nasycał się swym własnym żerem, a wyobraźnia, stając się dziwaczną z trwogi, skręcała się i wiła jak zwierzę smagane bólem, skakała jak opętany pajac, i wykrzywiała się w coraz zmieniającej się masce. Wtem nagle czas dla niego stanął. Tak, owa ślepa, ciężko dysząca poczwara przestała się poruszać, a z zamarciem czasu wypełzły zwinnie straszne myśli i ukazały mu wywleczoną z czeluści straszną przyszłość. Wpatrywał się w nią. Skamieniał z przerażenia.