Wreszcie otworzyły się drzwi i wszedł służący. Spojrzał nań szklanym wzrokiem.
— Pan Campbell, jaśnie panie — powiedział służący.
Westchnienie ulgi wydobyło się ze spieczonych ust i na policzki wróciły rumieńce.
— Proś zaraz, Franciszku. — Czuł, że odzyskuje równowagę. Cała bojaźń minęła.
Służący, skłoniwszy się, wyszedł. Za parę chwil wszedł Alan Campbell z twarzą bardzo poważną i bladą, co uwydatniały jeszcze włosy czarne jak węgiel i ciemne brwi.
— Alanie, bardzo to ładnie z twej strony. Dziękuję ci, żeś przyszedł.
— Postanowiłem nigdy już nie wchodzić do twego domu, Grayu. Napisałeś jednak, że chodzi o śmierć lub życie.
Głos jego był twardy i zimny. Mówił z powolnym namysłem. W bystrym, badawczym spojrzeniu, którym mierzył Doriana, widniała wzgarda. Trzymał ręce w kieszeniach karakułowego palta i zdawał się nie spostrzegać ruchu, jakim był witany.
— Tak, to sprawa życia lub śmierci, Alanie, i więcej niż dla jednej osoby. Siadaj.
Campbell siadł na krześle za stołem, Dorian zajął miejsce naprzeciw. Spojrzenia ich spotkały się. W oczach Doriana był niezmierny żal. Wiedział, że to, co chciał uczynić, było straszne.