Na skraju sosnowego lasu spostrzegł sir Geoffreya Cloustona, brata księżnej, gdy wyrzucał z fuzji dwa wystrzelone naboje. Wyskoczył z amerykanki200, kazał służącemu odjechać do domu i pieszo poszedł naprzeciw swego gościa po opadłych gałęziach i splątanych zaroślach.

— Jak ci idzie, Geoffreyu? — zapytał.

— Niezbyt, Dorianie. Zdaje mi się, że większość ptactwa uciekła na pola. Sądzę, że się poprawi po śniadaniu, gdy przejdziemy na inny teren.

Dorian wlókł się koło niego. Ostro pachnące powietrze, migocące wśród lasu brązowe i czerwone światła, rozlegające się czasami chrapliwe krzyki nagonki i następujące po nich wystrzały — wszystko to upajało go, napełniając uczuciem rozkosznej swobody. Ponosiła go beztroska szczęścia i najwyższa obojętność radości.

Nagle o jakieś dwadzieścia jardów przed nimi z gęstej kępy zeschłej trawy wybiegł zając o nastawionych, czarno zakończonych słuchach201, sadząc przed siebie długimi skokami wprost na gęstwę olch. Sir Geoffrey zmierzył się z broni, ale we wdzięcznym ruchu zwierzęcia było dla Doriana Graya coś tak dziwnie czarującego, że nagle zawołał:

— Nie strzelaj, Geoffreyu. Pozwól mu żyć.

— Co za niedorzeczność, Dorianie! — roześmiał się towarzysz, strzelając do umykającego w gęstwinę szaraka.

Usłyszano dwa krzyki, straszny pisk konającego zająca i straszniejszy od niego przedśmiertny jęk człowieka.

— Na Boga! Zastrzeliłem naganiacza! — zawołał sir Geoffrey. — Co za osioł, żeby stawać naprzeciwko myśliwych! Nie strzelać! — zawołał na całe gardło. — Zraniono człowieka.

Leśniczy nadbiegł z kijem w ręku.