— Gdzie, jaśnie panie? Gdzie on jest? — zapytał. Równocześnie umilkły strzały na całej linii.
— Tutaj — odparł sir Geoffrey z wściekłością, biegnąc ku gęstwinie. — Dlaczego nie trzymacie swoich ludzi z daleka? Zepsuliście mi całe polowanie.
Dorian patrzył na nich, jak w gąszczu olszyny odgarniali gibkie, zwisające gałęzie. Po paru chwilach wyszli, wyciągając trupa na światło. Odwrócił się, przerażony. Zdawało mu się, iż gdziekolwiek się zwróci, wszędzie kroczy za nim nieszczęście. Słyszał, jak sir Geoffrey zapytywał, czy mężczyzna naprawdę nie żyje, i twierdzącą odpowiedź naganiacza. Las wydał mu się nagle ożywiony marami. Stąpały miriady stóp, głucho pomrukiwały głosy. Tuż nad nim zerwał się z gałęzi wielki bażant o miedzianym podgardlu. Po paru chwilach, które w jego niepokoju wydały mu się nieskończonymi godzinami cierpienia, poczuł czyjąś rękę na swym ramieniu. Drgnął i spojrzał wokół siebie.
— Dorianie — rzekł lord Henryk — wydaje mi się, że na dziś lepiej będzie ogłosić koniec polowania. Inaczej zrobiłoby to złe wrażenie.
— Chciałbym, Henryku, aby już skończyło się na zawsze — odparł gorzko. — Wszystko to jest ohydne i okrutne. Czy ten człowiek?...
Nie mógł dokończyć zdania.
— Niestety — wtrącił lord Henryk. — Dostał w piersi cały ładunek. Musiał skonać natychmiast. Chodź, wracajmy do domu.
Szli obok siebie w kierunku alei przez prawie pięćdziesiąt jardów, nie mówiąc ani słowa. Wtem Dorian spojrzał na lorda Henryka i rzekł z ciężkim westchnieniem:
— To zły znak, Henryku, bardzo zły znak.
— Co? — spytał lord Henryk. — Och, sądzę, że to wypadek. Mój drogi przyjacielu, na to nie ma rady. To jego własna wina. Czemu stawał przed myśliwymi? Nas to poza tym nie dotyczy. To oczywiście nieprzyjemne dla Geoffreya. Nie należy strzelać do nagonki. Rozchodzą się zaraz plotki, że strzela się na oślep. A to niesłusznie: Geoffrey strzela bardzo uważnie. Ale po co o tym mówić.