— Chciałabym, żeby był.
Rozglądał się, jakby czegoś szukał.
— Czego szukasz? — zapytała.
— Rękojeści twej szpady — odparł. — Straciłaś ją.
Zaśmiała się.
— Wciąż mam jeszcze maskę.
— Potęguje czar twych oczu — brzmiała odpowiedź.
Zaśmiała się znowu. Zęby jej wyglądały jak białe ziarna w szkarłatnym owocu.
W swym pokoju na piętrze Dorian Gray leżał na sofie, każdym włóknem jego ciała wstrząsała trwoga. Życie zaciążyło mu nagle okropnym brzemieniem. Straszna śmierć nieszczęsnego naganiacza, zabitego w gęstwinie niczym dzikie zwierzę, wydawała mu się zwiastować jego własną śmierć. Omal nie zemdlał, gdy lord Henryk powiedział swój przypadkowy cyniczny dowcip.
O godzinie piątej zadzwonił na służącego i polecił mu spakować rzeczy na nocny ekspres do miasta i zamówić powóz na wpół do dziewiątej. Postanowił nie spać już ani jednej nocy w Selby Royal. To miejsce było złowrogie. Śmierć kroczyła tu w świetle słonecznym. Trawa leśna była zbryzgana krwią.