— Dlaczego mnie o to pytasz, Henryku?

— Mój drogi przyjacielu — powiedział lord Henryk, ze zdziwieniem wznosząc brwi — pytałem cię o to, gdyż sądziłem, że będziesz umiał odpowiedzieć. Nic więcej. Zeszłej niedzieli szedłem przez park i tuż koło Marble Arch natknąłem się na nędznie wyglądającą gromadkę ludzi, słuchających jakiegoś marnego ulicznego kaznodziei. Gdy przechodziłem, słyszałem, jak ów człowiek postawił pytanie, o którym mowa. Wydało mi się dość dramatyczne. W Londynie równie ciekawe wrażenia są na porządku dziennym. Słotna niedziela, dziwaczny chrześcijanin w nieprzemakalnym płaszczu, kółko chorowitych, bladych twarzy pod dziurawą osłoną ociekających parasoli i jakieś cudowne zdanie rzucone w powietrze przeraźliwym, histerycznym głosem — było to coś w swoim rodzaju bardzo ładnego, niemal porywającego. Miałem ochotę odpowiedzieć prorokowi, że sztuka ma duszę, a człowiek jej nie posiada. Wątpię jednak, czy byłby mnie zrozumiał.

— Daj spokój, Henryku. Dusza jest straszną rzeczywistością. Można ją kupić, sprzedać, zamienić. Można ją zatruć lub udoskonalić. W każdym z nas jest dusza. Wiem o tym.

— Czy jesteś tego zupełnie pewny, Dorianie?

— Najzupełniej.

— Ach, w takim razie musi to być złudzenie. Rzeczy, których się jest bezwzględnie pewnym, nigdy nie są prawdą. To właśnie jest fatalizmem wiary i wyznaniem romantyzmu. Jakiż stałeś się poważny! Nie bądź taki poważny. Cóż ciebie lub mnie mogą obchodzić przesądy naszego czasu? Nie, my wyrzekliśmy się naszej wiary w duszę. Zagraj mi coś. Zagraj mi nokturn, Dorianie, i grając, opowiedz mi cichym głosem, jakim sposobem zachowałeś swą młodość. Musisz znać jakąś tajemnicę. Jestem od ciebie tylko o dziesięć lat starszy, a mam zmarszczki, jestem przeżyty i zżółkły. Jesteś naprawdę cudowny, Dorianie. Nigdy nie wyglądałeś bardziej czarująco niż dziś wieczór. Przypominasz mi dzień, w którym cię poznałem. Byłeś nieco zuchwały, bardzo nieśmiały i bezwzględnie nadzwyczajny. Zmieniłeś się, oczywiście, ale nie co do wyglądu. Chciałbym, abyś mi wyznał swą tajemnicę. Aby odzyskać młodość, uczyniłbym wszystko, z wyjątkiem ćwiczeń, rannego wstawania i cnotliwości. Młodość! Nic nie ma ponad nią. Niedorzecznością jest mówić o niedoświadczeniu młodości. Jedyni ludzie, których sądów słucham z uwagą, to ludzie znacznie młodsi ode mnie. Zdaje mi się, że mnie wyprzedzili. Życie odsłoniło im swe ostatnie cuda. Co do starszych, to zawsze się im sprzeciwiam. Czynię to z zasady. Jeśli spytasz ich o ocenę jakiegoś wczorajszego zdarzenia, z namaszczeniem powtórzą ci sądy panujące w roku tysiąc osiemset dwudziestym, kiedy noszono wysokie halsztuki211, wierzono we wszystko i nic o niczym nie wiedziano. Jakie to ładne, co grasz teraz! Ciekawy jestem, czy Chopin napisał to na Majorce, gdy morze szumiało dokoła willi i obryzgiwało jej szyby słoną pianą? To cudownie romantyczne. Jakie to błogosławieństwo dla nas, że istnieje sztuka, która nie była naśladownictwem! Nie przerywaj. Potrzeba mi dziś wieczór muzyki. Zdaje mi się, że jesteś młodym Apollinem212, a ja słuchającym cię Marsjaszem213. Mam swoje troski, Dorianie, o których nic nie wiesz. Tragedią starości jest nie tylko to, że człowiek się starzeje, ale że pozostaje młodym. Chwilami lękam się swej własnej szczerości. Ach, Dorianie, jaki ty jesteś szczęśliwy! Jakie nadzwyczajne miałeś życie! Wysączyłeś wszystko do dna. Winne grona miażdżyłeś na swym podniebieniu. Nic przed tobą nie było ukryte. I wszystko było dla ciebie niby dźwiękiem muzyki. Nic cię nie dotknęło. Wciąż jesteś ten sam.

— Nie jestem ten sam, Henryku.

— Owszem, jesteś ten sam. Chciałbym wiedzieć, jak upłynie ci reszta życia. Nie psuj go wyrzeczeniem. Obecnie jesteś doskonały. Nie rób się niedoskonałym. Jesteś teraz bez błędu. Nie musisz kręcić głową, sam o tym wiesz. Nie łudź się jednak, Dorianie. Życie nie da się ująć w karby woli i zamiarów. Życie jest sprawą nerwów i włókien, i powoli urabianych komórek, gdzie ukrywa się myśl, gdzie drzemie namiętność. Możesz wyobrażać sobie, że jesteś bezpieczny, i czuć się silnym. Lecz przypadkowy odcień barwy pokoju lub porannego nieba, jakiś szczególny zapach, kiedyś przez ciebie lubiany i niosący nikłe wspomnienia, wiersz zapomnianego poematu, który ongi czytałeś, urywek dawno niegranej melodii — Dorianie, mówię ci, że od tych drobiazgów zależy nasze życie. Pisał o tym gdzieś Browning214, ale możemy sobie to wyobrazić naszymi zmysłami. Są chwile, kiedy nagle przenika mnie zapach białego bzu, a wtedy przeżywam na nowo najdziwniejszy miesiąc mego życia. Pragnąłbym się z tobą zamienić, Dorianie. Świat przeklina nas obu, ale ciebie zawsze ubóstwiał. I zawsze będzie cię ubóstwiał. Jesteś istotą, której poszukiwał nasz wiek i jest przestraszony, że ją znalazł. Tak jestem rad, że nigdy nic nie zrobiłeś, nie wyrzeźbiłeś posągu, nie namalowałeś obrazu, nigdy nie objawiłeś się poza sobą! Twoją sztuką było życie. Cały ułożyłeś się do muzyki. Twe dni były twymi sonetami.

Dorian powstał od fortepianu i zanurzył palce we włosach.

— Tak, życie było cudne — mamrotał — ale nie chcę już, Henryku, takiego życia. A ty nie powinieneś mi mówić takich przesadnych rzeczy. Nie wiesz o mnie wszystkiego. Gdybyś wiedział, odwróciłbyś się ode mnie. Śmiejesz się. Nie śmiej się.