Spojrzała nań przerażona. Powtórzył swe słowa. Przecięły powietrze jak ostrze szpady. Ludzie zaczęli się im przyglądać. Jakaś stojąca w pobliżu dama zachichotała.
— Chodźmy, Jakubie, chodźmy — wyszeptała.
Szedł posłusznie za przeciskającą się przez tłumy dziewczyną. Był zadowolony z tego, co powiedział.
Gdy doszli do posągu Achillesa48, odwróciła się. W oczach jej było współczucie, które uśmiechem spłynęło na usta. Potrząsnęła doń głową.
— Niemądry jesteś, Jakubie, całkiem niemądry; nieznośny z ciebie chłopiec, i to wszystko. Jak możesz mówić takie okropne rzeczy? Sam nie wiesz, coś powiedział. Jesteś tylko zazdrosny i niegrzeczny. Ach, chciałabym, żebyś się zakochał. Miłość czyni ludzi dobrymi, a to, coś powiedział, było złe.
— Mam szesnaście lat — odparł — i wiem, czego chcę. Matka ci nie pomoże. Ona nie potrafi nad tobą czuwać. Widzę teraz, że nie powinienem odjeżdżać do Australii. Mam wielką ochotę rzucić to wszystko. Zrobiłbym tak, gdybym nie był już podpisał umowy.
— Nie bądź tak poważny, Jakubie. Jesteś zupełnie jak ci bohaterzy z melodramatów, w których matka tak chętnie występowała. Nie chcę się z tobą sprzeczać. Widziałam go, a zobaczyć go to już prawdziwe szczęście! Nie kłóćmy się. Wiem, że nie zrobiłbyś nic złego człowiekowi, którego kocham, prawda?
— Dotąd, oczywiście, dopóki go będziesz kochała — brzmiała posępna odpowiedź.
— Będę go zawsze kochała! — wykrzyknęła.
— A on?