Młodzieniec zmarszczył brwi.

— To wyjaśnienie mnie nie przekonuje — odrzekł. — Jestem wszakże, Henryku, zadowolony, że nie uważasz mnie za samoluba. Nie jestem nim. Wiem o tym. Muszę jednak wyznać, że to zdarzenie nie wzrusza mnie tak, jak powinno. Wydaje mi się podobne raczej do wspaniałego zakończenia wspaniałej sztuki. Ma w sobie całe straszliwe piękno greckiej tragedii, tragedii, w której odegrałem główną rolę, ale wyszedłem z niej bez rany.

— To ciekawe zagadnienie — rzekł lord Henryk, znajdując szczególną przyjemność w wygrywaniu nieuświadomionego egotyzmu młodzieńca — nadzwyczaj ciekawe zagadnienie. Wyobrażam sobie, że prawdziwe wyjaśnienie wygląda tak: zdarza się często, iż istotne tragedie życiowe ukazują się w tak nieartystycznym kształcie, że dotykają nas swą surową gwałtownością, bezwzględnością nieładu, niedorzecznością myśli, zupełnym brakiem stylu. Działają na nas tak, jak działa chamstwo. Robią na nas wrażenie nagiej, brutalnej siły, przeciw czemu buntujemy się. Zdarza się niekiedy, że w życie nasze wkroczy tragedia posiadająca artystyczne pierwiastki piękna. Jeśli te pierwiastki piękna są istotne, wówczas całość działa wprost na nasz zmysł dramatycznego poczucia. Odczuwamy nagle, że nie jesteśmy aktorami w grze, lecz jej widzami. Albo raczej obojgiem. Spoglądamy na siebie samych i ulegamy urokowi widowiska. A cóż zdarzyło się naprawdę w obecnym wypadku? Ktoś zabił się z miłości do ciebie. Chciałbym kiedyś sam doznać podobnego przeżycia. Na resztę mego życia zakochałbym się w miłości. Kobiety, które mnie uwielbiały — nie było ich wiele, ale było kilka — pozostawały zawsze przy życiu, choć dawno przestałem się troszczyć o nie, tak jak one o mnie. Stały się tłuste i nudne, a jeśli je napotkam, natychmiast przywołują wspomnienia. Okropna jest ta kobieca pamięć! To coś strasznego! Dowodzi zupełnego zastoju duchowego! Należy wchłaniać barwę życia, ale nigdy nie pamiętać o jego szczegółach. Szczegóły są zawsze pospolite.

— Zasieję maki w moim ogrodzie — westchnął Dorian.

— To zbyteczne — odparł towarzysz. — Życie ma zawsze maki w swych rękach. Niekiedy, oczywiście, sprawy się dłużą. Pewnego razu przez cały sezon wciąż nosiłem fiołki, jako rodzaj artystycznej żałoby z powodu romansu, który nie chciał skonać. Ostatecznie jednak skonał. Już nie pamiętam, co go zabiło. Zdaje mi się, iż była to jej propozycja, że poświęci dla mnie cały świat. Jest to zawsze straszna chwila. Przejmuje nas grozą wieczności. Oto — czy uwierzysz? — przed tygodniem u lady Hampshire przy obiedzie znalazłem się obok damy, o której mowa, nastawała, abyśmy zaczęli rzecz na nowo, spruli przeszłość, aby utkać przyszłość. Złożyłem swój romans w grobie ze złotogłowi. Wyrwała go stamtąd, twierdząc, że złamałem jej życie. Mogłem zauważyć, że obiad jadła z olbrzymim apetytem, więc nie czułem trwogi. Ale jakiż okazała brak smaku! Jedynym urokiem przeszłości jest to, że minęła. Kobiety jednak nigdy nie wiedzą, kiedy opadła kurtyna. Chciałyby zawsze szóstego aktu i kiedy ustało już nasze zainteresowanie sztuką, pragnęłyby przedłużać ją dalej. Gdyby im pozwolono na to, każda komedia miałaby koniec tragiczny, a każda tragedia kończyłaby się farsą. One są cudownie artystyczne, ale wcale nie mają zmysłu artystycznego. Tyś szczęśliwszy ode mnie. Zapewniam cię, Dorianie, że żadna z kobiet, które znałem, nie zrobiłaby dla mnie tego, co zrobiła dla ciebie Sybilla Vane. Kobieta zazwyczaj pociesza się sama. Niektóre, robiąc to, przybierają uczucie w barwy. Nigdy nie można ufać kobiecie, noszącej malwy, chociażby była nie wiem jak stara, ani też takiej, co po trzydziestym piątym roku życia lubuje się w różowych wstążkach. Oznacza to zawsze jakąś historię. Inne pocieszają się, odkrywając nagle dobre przymioty swych mężów. Chełpią się ze swego szczęścia małżeńskiego, jakby to był najbardziej porywający z grzechów. Niektóre znajdują pociechę w religii. Jej misteria, jak wyznała mi raz pewna kobieta, mają urok kokieterii, co mogę doskonale zrozumieć. Nic jednak nie podbija tak naszej próżności, jak to, gdy nam mówią, że jesteśmy grzesznikami. Sumienie robi z nas wszystkich egotystów. Tak, nie ma końca pocieszeniom, jakie znajduje kobieta w nowoczesnym życiu. Prawda, najważniejszego nawet nie wymieniłem.

— Co masz na myśli, Henryku? — zapytał obojętnie młodzieniec.

— Och, pociechę oczywistą. Gdy samej traci się kochanka, zabiera się go innej. W dobrym towarzystwie jest to dla kobiety zawsze oczyszczenie. Naprawdę jednak, Dorianie, jakże różna musiała być Sybilla Vane od innych spotykanych przez nas kobiet! Jej śmierć ma w sobie coś z doskonałego piękna. Rad jestem, że żyję w stuleciu, w którym zdarzają się podobne cuda. Pozwala to wierzyć nam w rzeczywistość tych rzeczy, którymi się bawimy, jak romans, namiętność i miłość.

— Byłem dla niej okrutny. Nie zapominaj o tym.

— Obawiam się, że okrucieństwo, prawdziwe okrucieństwo cenią kobiety bardziej niż wszystko inne. Mają cudownie pierwotne instynkty. Myśmy je wyzwolili, pozostały jednak niewolnicami oglądającymi się za swym panem, zawsze te same. Lubią podlegać. Jestem pewny, że byłeś świetny. Nigdy cię nie widziałem naprawdę i bezwzględnie zagniewanego, ale wyobrażam sobie, jakeś doskonale wyglądał. Powiedziałeś mi przy tym przedwczoraj coś, co wydało mi się wówczas urojeniem, teraz widzę, że była to bezwzględna prawda, będąca kluczem do wszystkiego.

— Co powiedziałem, Henryku?