Cztery kobiety1

Beatrice2

Rozmawialiśmy do późna w nocy; było nas trzech; szczęśliwym trafem zdobyliśmy kilka butelek asti spumanti i sączyliśmy słodkie wino dla uczczenia przyjaciela, który właśnie wrócił z Włoch. Był najstar­szy z nas; gdyśmy go poznali przed dwunastu laty podczas podróży na Południe, był już dojrzałym czło­wiekiem. Od pierwszego wejrzenia powzięliśmy wielką sympatię ku temu człowiekowi o szlachetnym wyrazie twarzy i pewnej melancholii uśmiechu. Niezwykłe je­go wykształcenie, a równocześnie nadzwyczajna skrom­ność przyczyniły się rychło do pogłębienia przyjaźni zadzierzgniętej podczas trzech tygodni wspólnego poby­tu w Rzymie. Po upływie tego czasu musiał nagle wró­cić do swej ojczyzny, do Genewy, gdzie stał na czele wielkiego przedsiębiorstwa handlowego. W następnych latach nie pomijaliśmy żadnej sposobności, by spędzić z nim czas jakiś bądź to we Włoszech, bądź w Genewie. Obecnie właśnie nałożył nieco drogi i przybył do na­szego miasta, by choć dobę spędzić z nami.

Stwierdziliśmy, że zewnętrznie nie zmienił się pra­wie zupełnie; był wciąż jeszcze bardzo przystojnym mężczyzną, włosy miał już lekko posrebrzone siwymi nitkami, czoło gładkie, jasne. Był tylko bardziej małomówny niż podczas ostatniego spotkania i często za­myślał się przez czas dłuższy, wpatrując się nieprze­rwanie w jeden punkt. Sądziliśmy, że rozmowa ożywi się, gdy zapytamy go o wrażenia z ostatniej podróży. Ale gdy również i na ten ulubiony temat niechętnie odpowiadał, przestaliśmy nalegać, czekając spokojnie, aż niejako odtaje i zainteresuje się omawianymi sprawami.

Właśnie poruszyłem zagadnienie, które od pewnego czasu bardzo mnie zajmowało — zagadnienie teatru włoskiego. Utrzymywałem, że Włosi, choć są patetycz­ni i namiętni, nie stworzyli literatury dramatycznej, która dałaby się porównać z grecką, angielską, nie­miecką. Bo temperament ludów romańskich, ich natura i kultura są tak ściśle związane z konwenansami, że niezrozumiałe dla ludności włoskiej byłyby tragiczne problematy opierające się całkowicie na walce jed­nostki z konwenansem; dalej, że włoscy autorzy nie ważyliby się wyzwolić z więzów formalnych i wziąć z całą bezwzględnością naturalnych, żywiołowych tonów, które jedynie wzbudzają w nas wstrząs tragiczny.

Amadeusz przysłuchiwał się moim wywodom z wielką obojętnością, natomiast Otton sprzeciwił się stanowczo tym poglądom i potępianiu konwencjonalności. Utrzymywał, że mój pogląd jest bardzo niebezpieczny, że w poezji górują właśnie ogólne prawa moralne, a nie indywidualne, że potępienia godne jest wysławianie demonizmu, przesadnego indywidualizmu nie liczącego się z nikim i niczym.

— Prowadzi to — mówił — do obalenia porządku świata na korzyść nieokiełznanego indywidualizmu i do uznawania w poezji jedynie tego, co łamie pra­wa i gwałci przepisy moralne.

Starałem się wytłumaczyć mu, że chodzi tu tylko o wypadki tragicznych kolizji, i że wielkie, mocne, jednym słowem, heroiczne natury inaczej rozwiązują spór między obowiązującym prawem a swymi pożądaniami niż tchórzliwi filistrzy liczący się z każdą drobnostką.

— Genialne natury — mówiłem — obalają granice tuzinkowej moralności i rozszerzają jej zakres, tak jak genialni artyści wydostają się poza bariery swej sztu­ki, by bariery te ustawić potem o wiele dalej. Poeta i ci, którzy go rozumieją, nie chcą pozbawiać się wido­ku zjawisk wykraczających poza granice przeciętnej moralności. A kto to uważają niemorałność, dla tego właściwie nie istnieje piękno; taki człowiek rozróżnia tylko rzeczy pożyteczne lub niepożyteczne.

Nagle Amadeusz spojrzał na mnie wielkimi oczyma i poprzez stół podał mi rękę.