— Dziękuję ci — rzekł — powiedziałeś mądre sło­wo, dobre, kojące. Między nami trzema chyba nie po­winno być sporu o to, że obyczajowość nie ma nic wspólnego z moralnością i że najwyższym zadaniem poezji jest sięgać tam, gdzie manifestują się najniezwyklejsze przejawy duszy ludzkiej. Przeciw jednemu tylko muszę zaprotestować: przeciw temu, że brak tra­gicznych poetów we Włoszech wyprowadzasz z cech charakteru ludu zbytnio trzymającego się konwenan­su. Nie — mówił Amadeusz z rosnącym wciąż wzbu­rzeniem, a oczy jego poczęły niesamowicie błyszczeć — patos włoskich tragedii nie jest zasadniczym tonem, na który nastrojona jest dusza tego szlachetnego na­rodu. Miałem tego przekonywający dowód... Dowodem tym moja żona, która była Włoszką.

Zamilkł po tych słowach, którym przysłuchiwaliśmy się z wielkim zdumieniem. Bo choć zdawało się nam, że znamy go dobrze, po raz pierwszy dowiedzieliśmy się, że był żonaty, i to z kobietą, która wielką rolę odegrała w jego życiu, a o której istnieniu nigdy nie wspomniał.

Wstał z krzesła i począł krążyć dokoła stołu. Nie przeszkadzaliśmy mu ani spojrzeniem, ani słowem. Wreszcie przystanął, usiadł z powrotem przy stole i rzekł swym głębokim, dźwięcznym głosem:

— Nie mówiłem wam o tym, gdyż wspomnienia zbytnio mnie wyczerpują... Ilekroć przed sobą samym rozsnuwałem pasmo tych przeżyć, musiałem to zawsze odpokutować dłuższą depresją psychiczną. Czy­niłem sobie wyrzuty, że na wasze docinki, dlaczego się dotychczas nie ożeniłem, odpowiadałem zawsze żarta­mi. Właśnie dlatego, by wreszcie w naszych stosun­kach wzajemnych nie było niedomówień, obecnie, wracając od jej grobu, tak się urządziłem, by tu przy­jechać i spędzić z wami kilka godzin. Pozwólcie więc, że zwierzę się wam z wszystkiego... Otwórzmy wpierw okno wiodące na ogród; jest tu tak duszno, że trudno oddychać... Tak! Pijcie i palcie, ja będę opowiadał, chodząc po pokoju... Minęło już od tych przeżyć pra­wie ćwierć wieku, a mam je tak żywo przed oczyma, jakby wczoraj zaszły...

To, co opowiedział (a przesiedzieliśmy razem do świtu), spisałem nazajutrz wedle możności jego wła­snymi słowami. Nie myślałem wtedy, że to są ostatnie jego słowa wypowiedziane w naszym gronie. Nieba­wem dowiedziałem się, że zapadł ciężko na zdrowiu. Od dawna już cierpiał na chorobę płuc i leczył się na Południu. Przeziębił się w kilka tygodni po naszym ostatnim spotkaniu, pomagając w gaszeniu ognia, któ­ry w nocy wybuchł w domu sąsiadującym z jego mie­szkaniem. Wkrótce potem nadeszła wiadomość, że straciliśmy go na zawsze.

Zdecydowałem się na ogłoszenie moich zapisków. Poczuwam się wprost do obowiązku ujawnienia dziw­nych losów mego przyjaciela i jego żony. Sądzę bo­wiem, że to, co przeżywają ludzie wzniośli i szlachet­ni, nie powinno być ukryte przed światem.

Niechże więc jego opowieść popłynie w jak najszer­sze koła.

Ukończyłem właśnie dwudziesty piąty rok życia, gdy zmarł mój ojciec. Przejąłem się tym tak bardzo, że ludzie uważali, iż postarzałem się o dziesięć lat. Tuż przedtem jedyna, bardzo przeze mnie kochana siostra wyszła za mąż za Francuza, którego rodzina od dawna osiedliła się w Genewie; został on wspólnikiem naszej firmy. Byliśmy sobie bardzo bliscy i zżyliśmy się ze sobą jak bracia. Gdy siostra namawiała mnie, bym wybrał się na kilka miesięcy w podróż i pokrzepił organizm osłabiony tragicznym przeżyciem — chętnie zgodziłem się na to.

Zmiana miejsca pobytu wkrótce też bardzo dodatnio na mnie podziałała. Odzyskałem humor, młodość, chęć do życia; znowu obudziło się we mnie zainteresowa­nie dla piękna przyrody i dla dzieł sztuki; poprzednio już odbywałem podróże po Francji i Niemczech, teraz mogłem rozkoszować się w Mediolanie i Wenecji arcy­dziełami zabytków artystycznych.

Przede wszystkim jednak tęskniłem za Florencją, toteż w oczekiwaniu wspaniałości, które tam spodzie­wałem snę zastać, byłem dość nieczuły na spotykane po drodze skarby sztuki. Postanowiłem w Bolonii spę­dzić tylko jeden dzień; w ciągu przedpołudnia pobież­nie zwiedziłem kościoły i galerie, a po południu wy­nająłem powóz, by wyjechać do Bosco, gdzie z pagórka, na którego szczycie wznosi się stary klasztor San Michele, podziwiać rozległą panoramę okolicy i napoić oczy bajecznym widokiem, rozpościerającym się z te­go miejsca.