Był to jeden z najbardziej upalnych dni tego lata; choć byłem na ogół dość niewrażliwy na gorąco, upał wyczerpał mnie niezwykle. Gościniec wiodący z San Michele do miasta był zupełnie pusty. Nad murami zasłaniającymi ogrody wznosiły się gałęzie drzew pokryte powłoką kurzu; koła wozu z trudem obracały się w głębokich pokładach gorącego piasku; mój woźnica kiwał się na koźle, zmożony snem, a zmęczony koń stąpał skrajem gościńca, aby znaleźć się w cieniu padającym gdzieniegdzie na jezdnię od jakiejś willi lub parkanu ogrodu. Siedziałem wygodnie, osłaniając się parasolem przed silnymi promieniami słońca; byłem pogrążony jakby w półśnie.
Nagle uczułem, że coś musnęło moją twarz, i to dość silnie. Zerwałem się z siedzenia i zobaczyłem, że z moich kolan na dno powozu zsuwa się kwitnąca gałąź drzewa granatowego, przerzucona widocznie przez murowany parkan, obok którego właśnie przejeżdżaliśmy. Na skutek mojego nagłego ruchu koń stanął i wóz zatrzymał się; woźnica spał spokojnie dalej. Miałem więc sposobność, by zbadać, skąd rzucono gałąź; interesowało mnie to tym bardziej, że wyraźnie usłyszałem chichot — śmiało się z pewnością jakieś dziewczę rozradowane tak skutecznie zainscenizowaną psotą. Niedługo też czekałem, stojąc w wozie i bacznie wpatrując się w mur, gdy zza niego wyłoniła się pod wielkim słomianym kapeluszem główka dziewczęca. Para czarnych oczu spoglądała na mnie... Gdy podniosłem gałąź i kwiaty zbliżyłem do ust, śliczna twarzyczka pokryła się gorącym rumieńcem. Natychmiast główka znikła za murem... Gdyby nie to, że trzymałem w ręce gałąź, przypuszczałbym może, że wszystko to było tylko przywidzeniem.
Wysiadłem z wozu i poszedłem wzdłuż muru do wysokiej bramy ze sztab żelaznych, ułożonych w piękny deseń. Przez sztaby mogłem dojrzeć część parku i willę stojącą wśród wiązów i palm. Potrząsnąłem kilkakrotnie bramą, by się przekonać, czy nie zdołam jej bez niczyjej pomocy otworzyć. Brama była zamknięta. Już chciałem ręką sięgnąć do dzwonka, gdy jakiś wewnętrzny głos ostrzegł mnie przed wstąpieniem do tego parku. I cóż mógłbym zresztą powiedzieć, gdyby mnie zapytano, po co dzwonię. Stałem jeszcze czas jakiś, czekając, czy nie zjawi się cudna dziewczyna, która rzuciła gałąź; przypatrywałem się willi, jakbym ją miał zamiar odrysować; wreszcie schroniłem się, znużony spiekotą, do powozu pod parasol. Obudziłem woźnicę i ruszyliśmy powoli w stronę miasta.
Gdy znalazłem się już w gospodzie, spadł krótkotrwały rzęsisty deszcz. Toteż wieczór był przecudny, chłodny, orzeźwiający. Włóczyłem się długo pod arkadami, wstąpiłem potem do jednej z kawiarenek, wreszcie w poświacie księżyca podziwiałem przepyszne stare budowle, kościoły, fasady.
Chociaż bardzo zmęczony wróciłem do gospody, niemal do świtu nie mogłem zasnąć. Wciąż przed oczyma miałem twarzyczkę wychylającą się spoza murowanego parkanu ogrodu... A jednak nie wierzyłem, jakoby ona była przyczyną mej bezsenności. Uważałem to zawsze za bajkę, że wystarcza iskra jednego spojrzenia, aby wzniecić pożar w sercu. Przypisywałem więc swoją bezsenność podnieceniu nerwowemu.
Następnego poranka, gdy mi przyniesiono rachunek, który jeszcze poprzedniego wieczora poleciłem wystawić, i zbliżała się chwila mojego odjazdu — zacząłem szukać powodów, by wbrew powziętemu planowi przedłużyć pobyt w mieście. Przypomniałem sobie, że w Bolonii powinienem właściwie odwiedzić kupca, z którym moja firma pozostawała w dość zażyłych stosunkach. Zwykle podczas podróży niewiele o tych sprawach myślałem; teraz nagle wydało mi się obowiązkiem uprzejmości załatwić tę wizytę. Robiłem sobie też wyrzuty, że tak pobieżnie obejrzałem Świętą Cecylię Rafaela. Uznałem, że powinienem gruntowniej zwiedzić Bolonię; wszak Florencja nie ucieknie, nie będzie w tym nic zdrożnego, jeśli mój przyjazd do tego miasta nieco się opóźni...
Wreszcie zdołałem w siebie wmówić, że na zmianę mego planu nie wpłynęła zupełnie dziewczyna, która wczoraj obrzuciła mnie kwitnącą gałęzią granatu. Dziwna rzecz: im bardziej o tej wczorajszej scenie myślałem, tym mniej przypominałem sobie jej twarz; pamiętałom tylko jej oczy... Przez całe przedpołudnie zwiedzając zabytki miasta byłem całkiem spokojny. Dopiero po południu, gdy minął już największy upał i szedłem w stronę willi, ogarnął mnie jakiś dziwny niepokój...
Gdy zbliżyłem się do żelaznych sztab bramy, zauważyłem, że w willi, w której wczoraj wszystkie żaluzje były spuszczone, dziś kilka okien jest otwartych; na balkonie stał mały piesek, który na mój widok zaczął głośno szczekać. Również i teraz nie zdobyłem się na to, by zadzwonić. Coś mnie jakby przed tym ostrzegało... Była chwila, że życzyłem sobie, by cudna dziewczyna nie pojawiła się i abym mógł z lekkim sercem nazajutrz odjechać. A jednak mimo to obszedłem dokoła mur graniczący z uprawnymi polami i niskimi chatami chłopskimi. Znalazłem wreszcie miejsce, gdzie niski żywopłot przytykał do muru. Mogłem tu wygodnie wspiąć się i zajrzeć do wnętrza parku. Uczyniłem to bez wahania, gdyż dokoła nie było żywej duszy. Olbrzymi dąb stał w pobliżu, a gałęzie jego ocieniały mur. Skoczyłem jednym susem na najbliższą gałąź i umieściłem się na niej.
Nie mogłem obrać sobie lepszego miejsca; w odległości zaledwie stu kroków ode mnie na trawniku, ocienionym już o tej porze, dwie młode dziewczyny grały w piłkę, nie przeczuwając wcale, że się im ktoś przygląda. Jedna miała na sobie białą sukienkę i wielki kapelusz słomkowy, który już wczoraj widziałem. Była średniego wzrostu, smukła, pełna czaru. Czarne włosy podczas gry rozluźniły się, twarzyczka jej była blada, oczy tylko płonęły; kiedy jej towarzyszka niezręcznie rzuciła piłkę, głośno się śmiała; słysząc jej srebrzysty śmiech, czułem, że serce mocno bije w mej piersi. Towarzyszka jej była również w białej sukience, jednak nieco skromniejszej; nie była też w ruchach tak wytworna i zgrabna. Nie poświęcałem jej zresztą wiele uwagi, gdyż wzrok miałem skierowany na zjawisko, które wczoraj tak niespodziewanie mnie zachwyciło. Wyraźnie czułem, że zawładnęło mną całkowicie, po raz pierwszy w życiu byłem jakby oczarowany...
Zastanawiałem się właśnie, jak by się zbliżyć do niej, nie przerażając jej nagłym pojawieniem się, gdy przyszedł mi z pomocą przypadek. Piłka zbyt silnie przez nią rzucona, przeleciała nad dębem, na którego gałęzi znajdowałem się, i upadła na pole za murem. Szybko zeskoczyłem z gałęzi na mur, zsunąłem się na gościniec i pobiegłem po piłkę. Potem znowu wspiąłem się na mur i ukazałem się z piłką w ręku.