Gdy wszedłem do mojego pokoju, zastałem Sebastia­na jak zwykle siedzącego w fotelu. Przeraziłem się wyglądem jego twarzy: była blada, zmizerowana, ponura.

— Co się stało? — zawołałem..

— Pawle — rzekł, nie ruszając się z miejsca, jakby unieruchomiony ciężkim ciosem — wszystko skończone. Jestem zgubionym człowiekiem.

— Jakoś cię odnajdą! — odparłem żartobliwie. — Pomogę cię poszukać. Ale przede wszystkim opowiadaj!

— Bez kpin, jeśli nie chcesz, bym natychmiast sobie poszedł! Powiadam ci, sytuacja jest bardzo powa­żna. Dopiero teraz zrozumiałem, jaką ona jest anielską istotą, i to właśnie teraz, gdy ją po raz ostatni widziałem!

— Co? Uciekła? W świat daleki?

Zaprzeczył ruchem głowy. Dopiero po dłuższym cza­sie i wielu korowodach wydobyłem zeń przyczynę roz­paczy i dowiedziałem się, co zaszło.

O zwykłej porze, pod wieczór, zjawił się w cukierence i zjadłszy, jak zwykle, placek czereśniowy, zaczął wręczać swej bogdance dary urodzinowe. Najpierw wręczył jej mały bukiecik róż; podziękowała przyjaznym spojrzeniem i natychmiast przyniosła szklankę z wodą, w której umieściła róże. Potem wręczył jej swą kompozycję i półgłosem zanucił pieśń. Słuchała uważnie, potem podała mu rękę i ser­decznym tonem powiedziała:

— Dziękuję panu uprzejmie za piękne kwiaty i śliczną piosenkę. Kwiaty i śpiew to największa radość, która, niestety, tak rzadko spotyka mnie w życiu...

Przez dłuższą chwilę nie wypuszczał jej ręki z swojej dłoni, a potem, ośmielony serdecznością jej słów, wyjął z kieszeni pudełko z broszką i podał jej.