— Zapominasz, że zabroniła mi...

— Głupstwo! Założę się, że ona już teraz żałuje. Tak wiernego chłopca nie tak prędko znajdzie! Jestem pewien, że gdybyś przestał co dzień przychodzić do cukierenki, poczęłaby za tobą tęsknić. Znam ja ko­biety! — zakończyłem, nie zdając sobie oczywiście sprawy, jak śmieszne są takie słowa w ustach siedemnastoletniego sztubaka.

— Mógłbyś mi wyświadczyć wielką przysługę... — rzekł Sebastian po dłuższym wpatrywaniu się w lam­pę. — Gdybyś jutro poszedł do niej ze mną... gdybyś jej w moim imieniu wytłumaczył...

— Niech i tak będzie! Powiem jej takie rzeczy, któ­re by z kamienia łzy wycisnęły...

Z pewną ulgą, a jednak mimo to bardzo przygnę­biony, uścisnął moją rękę i opuścił pokój.

*

Ułożyłem sobie piękne i wzruszające przemówienie, gdyśmy wieczorom następnego dnia rozpoczęli wspólną wędrówkę; mój przyjaciel nie przeszkadzał mi w układaniu tej oracji, gdyż szedł obok mnie w mil­czeniu. Gdy zbliżyliśmy się do cukierni, dojrzałem, że zaczyna drżeć.

Również i ja nie byłem zupełnie spokojny. Miałem ją ujrzeć po tak długim niewidzeniu i wygłosić prze­mówienie na rzecz mego przyjaciela — uświadamia­łem sobie, że nie lada zadania się podejmuję...

Gdy weszliśmy do cukierni, nie była sama. Po raz pierwszy zastaliśmy jakiegoś eleganckiego pana, któ­ry przysunął krzesło tuż do lady i widocznie umizgał się do pięknej sprzedawczyni. Smagła twarz Sebastia­na na ten widok pociemniała bardziej jeszcze, choć spokój na twarzy dziewczyny i jej krótkie, chłodne od­powiedzi dowodziły, że rozmowa z tym lowelasem nie sprawia jej żadnej przyjemności.

— Już sobie z nim damy radę — szepnąłem, zamó­wiłem wino i ciastka i wraz z milczącym towarzyszem usadowiłem się na kanapie w izdebce za sklepem.