Ale obcy pan, który teraz przyciszonym głosem rozmawiał z Lotką, nie miał widocznie wcale ochoty ustąpić z pola. Mogłem go spokojnie obserwować. Miał krótko ostrzyżoną głowę, rudawe, już siwiejące kępki włosów wzdłuż policzków, na grubym nosie złote okulary; twarz ta była odrażająca. Właśnie przemyśliwałem, jak by pozbyć się stąd natręta, gdy uczułem ból w ramieniu: to palce Sebastiana wbiły się kurczowo w moje ciało.
— Czy zwariowałeś? — rzekłem.
Zamiast odpowiedzi wskazał ręką na ladę, po czym nruknął:
— Bezczelność! Nie dopuszczę, aby po raz drugi...
Obcy pochylił się nad ladą i ujął ręką dziewczynę pod brodę. Mój przyjaciel skoczył do sklepu i stanął obok jegomościa. Oczy jego płonęły, a twarz była czerwona jak burak.
— Jak pan śmie? — krzyknął. — Jakim prawem odważa się pan dotknąć dziewczynę, która...
Był tak wzburzony, że nie mógł z gardła dobyć głosu, by dokończyć zdania. Stał z groźnie wyciągniętą ręką przed nieznajomym, który cofnął się o krok i mierzył niespodziewanego obrońcę cnoty kelnerki wzrokiem na poły zdziwionym, na poły kpiącym.
— Widocznie nie służy panu czerwone wino, młody przyjacielu — rzekł nieznajomy. — Idź pan do domu i przestań pleść głupstwa. Zwracam panu uwagę, że kto inny zareagowałby energiczniej na pańskie zuchwałe wścibstwo... Co to chciałem powiedzieć, Lotko? Zwrócił się do dziewczyny, która blada, z zamkniętymi oczyma stała oparta o ścianę.
Podszedłem do Sebastiana i szepnąłem mu, aby się dobrze zastanowił, zanim coś powie lub uczyni. Mój przyjaciel nie zwrócił wcale na mnie uwagi. Przemówił natomiast do Lotki:
— Chciałbym tylko zapytać panią, czy dzieje się to za jej wolą, że ten pan ośmiela się zachowywać tak nieprzyzwoicie, czy pani zna go tak dobrze, iż wolno mu nazywać ją po imieniu i czy w ogóle sprawia pani przyjemność towarzystwo tego człowieka...