Nie odpowiedziała. Spojrzała tylko na mego przyja­ciela takim wzrokiem, jakby go błagała, by dał pokój dalszym badaniom. Sebastian jednak wzroku tego nie zrozumiał.

— Kim jeat ten młodzieniec, który tu gra rolę twe­go rycerza, Lotko? — rzekł obcy. — Zaczynam rozu­mieć, że zmąciłem tkliwy stosunek. Żałuję bar­dzo, ale chcę ci poradzić, moje dziecko, byś na przyszłość była wybredniejsza w wyborze swych wiel­bicieli. Deklamacje sztubaków są niekiedy bardzo mi­łe, prowadzą jednak do zgoła niepożądanych następstw. Ile jestem winien?

Rzucił na ladę talara.

— Resztę otrzymam innym razem. Nie chcę dziś przeszkadzać...

Wziął kapelusz i ruszył w stronę drzwi.

Sebastian zastąpił mu drogę.

— Nie puszczę pana — rzekł — zanim pan w mej obecności nie przeprosi panny Lotki i nie da słowa, że więcej pan nie dopuści się wobec niej podobnego nie­taktu. Spodziewam się, że pan mnie zrozumiał.

— Zupełnie, mój młody chłopcze — rzekł obcy głosem wzburzonym. — Zrozumiałem, że pan jest ma­rzycielem; nie mającym jeszcze pojęcia o życiu. Ce­nię w panu entuzjazm młodzieńczy, ale proszę, niech się pan odczepi i nie prowokuje mnie, gdyż w przeci­wnym razie...

Uczynił swą laseczką niedwuznaczny ruch. Wtedy uznałem, że najwyższy jest czas, bym położył kres tej scenie. Przystąpiłem i rzekłem:

— Mój panie, proszę o pański bilet. Omówimy tę sprawę na innym miejscu.