Roześmiał się głośno, wyjął z portfelu swą wizytówkę i głęboko się kłaniając, wręczył mi ją. Potem poufale skinął głową dziewczynie i wcisnąwszy kapelusz głęboko na czoło wyszedł z cukierni.

Dopiero po pewnym czasie zdołałem ochłonąć z wrażenia i przemówiłem do Lotki, nieruchomo stojącej od ścianą:

— Na miłość boską, kim jest ten człowiek? Jakim prawem tak się wobec pani zachowuje? Czy zna go pani od dawna? Błagam panią — dodałem szeptem — przemów pani. Wszak widzisz, jak piorunujące wrażenie wywarło to wszystko na mym przyjacielu, może pani sobie nie zdaje sprawy, że osoba jej jest dla niego nietykalną, świętą...

Sebastian, który dotychczas stał jakby gromem rażony, poruszył się nagle, podszedł do lady i rzekł ochrypłym głosem:

— Tylko jedno słowo, Lotko... Czy zna pani tego zuchwalca? Czy dała mu pani kiedy powód do ta­kiego zachowania się wobec siebie? Tak czy nie, Lotko?

Milczała. Widziałem wyraźnie, że z jej zamkniętych oczu spływają dwie wielkie łzy.

— Tak czy nie, Lotko? — powtórzył Sebastian na­tarczywiej. — Nie chcę wiedzieć nic więcej. Niech pani nie sądzi, że pierwszy z brzegu łobuz mógłby zachwiać moją wiarę w panią. Ale dlaczego pani go nie ofuknę­ła? Dlaczego pani milczy teraz?

Zadrżała na całym ciele.

— Proszę pana — rzekła ledwo dosłyszalnym gło­sem — niech pan o nic więcej nie pyta... niech pan odejdzie i nie wraca nigdy... Jeśli to pana uspokoi, zapewniam pana... jestem niewinna... ale taka nie­szczęśliwa... Proszę wierzyć: byłoby lepiej, gdybym była winna... Idź pan, dziękuję panu za wszystko... ale idź pan i zapomnij, że istnieję na świecie...

— Lotko! — krzyknął i chciał się do niej zbliżyć.