Spojrzała mi w oczy i rzekła:

— Godzę się na wszystko, co czyni ciebie szczęśli­wym!

— A więc wierzysz mi, najdroższa! Wierzysz, że do­kładnie wszystko obmyśliłem. Mamy tylko jedno wyjście! Ucieczkę. Musimy ją przeprowadzić z nie­zwykłą ostrożnością. Fabio zna drogę do Ankony jak własny ogród. On nas tam piechotą zaprowadzi. Bę­dziemy szli tylko nocą, przebrani za wieśniaków. W Ankonie wsiądziemy na okręt idący do Wenecji. Fabio też zostawia tu wszystko, swego pana, córkę, byle nam tylko pomóc. Czy masz odwagę i siłę, by odbyć tę daleką drogę?

— Choćby na koniec świata!

Przypadłem do niej i objąwszy jej kolana, zawo­łałem:

— Chodźmy więc!

— Już dziś? — rzekła. — Błagam cię, Amadeo, nie żądaj tego ode mnie dziś. Nie mogę przecież odejść nie zobaczywszy raz jeszcze ojca i nie zabrawszy ze sobą pamiątek po matce... Przysięgam ci, że ani na chwilę wzdragać się nie będę, ani jedną łzą nie zdra­dzę bólu rozstania, gdy raz jeszcze spojrzę w oczy ojca. Czuję, że nie zaznałabym nigdy spokoju, gdy­bym teraz, bez pamiątek po matce, opuściła ten dom. Cóż szkodzi, jeśli do jutra poczekamy? Nikt nie prze­czuwa nawet, że jesteś tu, nikt nie wie, że nie spę­dzam tej nocy w mieście. Nawet Ninie nie powiem ani słowa o naszym planie. Gdy jutro wieczorem opuszczę dom ojca, ojczyzna moja będzie tam, gdzie ty mnie powiedziesz.

Spojrzała na mnie takim błagalnym wzrokiem, że nie mogłem się sprzeciwić, choć lękałem się każdej zwłoki. Zasiedliśmy do stołu, Fabio usługiwał nam i przynosił potrawy; o naszych planach nie mówiliśmy zupełnie.

Potem wyszliśmy do ogrodu.

— Muszę pożegnać się — rzekła — z moimi ulu­bieńcami; tu oto jest sadzony przeze mnie krzew gra­natu, tu najulubieńsze moje drzewko pomarańczowe. Jutro nie będę miała czasu na pożegnanie się...