Ułamała gałązkę granatu i rzekła:
— Wezmę ją na pamiątkę. Na Północy, tam, gdzie ty mieszkasz, nie ma takich drzew...
Zobaczywszy leżącą na żwirze piłkę, podniosła ją.
— Tę piłkę także weźmiemy z sobą. Nasze dzieci będą się nią bawiły... — rzekła szeptem, kryjąc twarz na mojej piersi.
Doszliśmy do tego miejsca, w którym po raz pierwszy ją ujrzałem wychylającą się poprzez parkan.
— Wiesz — rzekła — tu przenocujemy. Przyniosę z domu koc i przyjemniej nam będzie wypoczywać niż w dusznym pokoju...
Wróciliśmy więc do willi i wynieśliśmy koce i poduszki.
Legliśmy pod baldachimem wielkiej lipy...
...Gdy się obudziłem — nie wiem, po ilu godzinach, było jeszcze ciemno; na wschodzie horyzont jeszcze nie zaczerwienił się — stwierdziłem, że jestem sam. W pierwszej chwili nie zdawałem sobie sprawy, jakim sposobem się tu znalazłem. Potem z przerażeniem pomyślałem: gdzie ona? Dlaczego oddaliła się cichaczem? Wstałem, by zobaczyć, czy nie ma jej w willi. Ledwo zrobiłem kilka kroków, usłyszałem, że ktoś gwałtownie dobija się do bramy i potrząsa żelaznymi sztabami. Pobiegłem, jak tylko mogłem najszybciej do bramy. Zastałem tu już Fabia, którego również zbudziło to dobijanie się. Właśnie starał się dźwignąć jakąś ciemną postać, która upadła tuż za bramą.
— Beatrice! — krzyknąłem, pochyliwszy się nad tą postacią.