Otworzyła oczy i spojrzała na mnie, potem usiło­wała uśmiechnąć się.

— To nic... Amadeo... — szeptała, z trudem doby­wając wyrazów z gardła i rękę przyciskając do ser­ca. — Nie czuję wcale bólu... nie lękaj się... Czy gnie­wasz się, że odeszłam, nie budząc ciebie? Spałeś tak spokojnie; myślałam, że wrócę sama do miasta i że nic mi nie grozi... Skądże oni mogli wiedzieć, że wró­ciłeś... Teraz musisz natychmiast stąd uciec... nie­stety sam... Ci dwaj, którzy się tam przyczaili, myśleli, że to ty idziesz... Zaledwie mnie zobaczyli, zażądali, bym powiedziała, jakie moje nazwisko. Milczałam. A wtedy wykonali to, za co im zapłacono. Ale nie udało im się; patrz, mogę myśleć, nawet mówić... Zo­staw mnie tu spokojnie; nie umrę wiedząc, że tobie nie grozi niebezpieczeństwo... A potem... potem ja do ciebie przyjadę... Uciekaj, nim zaświta... Podaj mi rę­kę... usta...

Straciła przytomność. Zanieśliśmy ją do sali. Roz­pinając jej bluzkę, pokrwawiłem sobie ręce. Oddychała jeszcze... Coraz trudniej... Westchnęła i — zamilkła na wieki.

Gdy słońce zajrzało przez okna, leżałem wciąż je­szcze na podłodze i wpatrywałem się w jej bladą twarz. Stary Fabio siedział w kącie i cicho jęczał. Wtem usłyszeliśmy na dworze okrzyki: „Bicetta! Bi­cetta!”. Po chwili wpadła Nina i przypadła do zwłok swej przyjaciółki, głośno szlochając. Gdy ją stary ode­rwał od łóżka, zawołała, zwracając się do mnie:

— Musi pan natychmiast uciekać! Przybiegłam, by ostrzec Bicettę i pana. Zanim wyszłam z domu, Richino wpadł do sypialni Bicetty. Wiem teraz dlaczego: by jej powiedzieć, że pan już nie żyje. Że tak jednak się stanie, zaprawdę nie przypuszczał... Nie zastawszy Bicetty w sypialni, Richino zbladł i wybiegł. Jestem pewna, że niebawem tu będzie... Słyszycie?... Kroki... To on! Uciekaj pan, jeśli ci życie miłe!

Nie odpowiadałem. Wstałem i stanąłem obok łóżka.

Po chwili otwarły się drzwi i na progu stanął Ri­chino. Zoczywszy Bicettę martwą na łóżku, zbladł straszliwie i oparł się o drzwi.

— Czego sobie pan tu życzy? — rzekłem. — Spo­dziewał się pan zastać mnie martwego... Zbiry, któ­rych pan nasłał, omyliły się co do osoby... Idź pan, wyjdź natychmiast z tego pokoju, morderco mojej żo­ny. Precz!

Usłuchał bez słowa protestu.

Nina przystąpiła do zwłok, ściągnęła z nich męskie ubranie i przebrała w białą sukienkę, tę, którą Bi­cetta nosiła, gdy ją ujrzałem po raz pierwszy. Na­stępnie przyniosła z ogrodu mnóstwo kwiatów.