Potem usłyszeliśmy turkot powozu. Fabio wprowa­dził generała do sali. Gdy starzec spojrzał w martwą twarz swej Bicetty, padł na kolana i oparł czoło o rę­ce córki, złożone na piersi. Gdy po pewnym czasie chcieliśmy go podnieść — nie żył — atak sercowy momentalnie go zabił.

Pochowaliśmy ich w nocy. Obecny był tylko Fabio i Nina; stary kanonik pobłogosławił zwłoki. Oświad­czył mi, że Richino tak zarządził; przykazał, aby wy­pełniano moje zlecenia, jakbym był panem domu. Sam tegoż dnia wyjechał do Rzymu.

Nazajutrz odjechałem do Florencji. W rok potem czytałem w gazecie, że generałowa oddała swą rękę wiernemu swemu wielbicielowi, młodemu hrabiemu. Ilekroć pielgrzymowałem na grób Bicetty — a czynię to co roku — nigdy nie usiłowałem się z nią zobaczyć.

Garcinda7

W pobliżu Carcassonne8 w Prowansji żył, w czasie gdy świat rycerski gotował się do drugiej wyprawy krzyżowej, znamienity hrabia, pan Hugo de Malaspina; po śmierci swej pięknej i szlachetnej małżonki oddał jedyną, dziesięcioletnią córeczkę Garcindę wraz z jej mleczną siostrą9 Aigletą na wychowanie do klasztoru Montsalvaire, i choć już miał włosy silnie szpakowate, rozpoczął od nowa wesołe życie kawalerskie. A że był rycerzem budzącym sympatię zarówno u mężczyzn, jak u kobiet, nie brakło mu zaproszeń na przeróżne uroczystości, turnieje i bankiety w okolicznych zamkach rycerskich; z biegiem lat odeszła go chętka igrania miłością i zainteresowanie popisami orężnymi, pogodził się więc z tym, że młodsi odeń odnosili na tych polach zwycięstwa, a sam z coraz większą namiętnością odda­wał się hulankom, pijaństwu, grze w kości. Toteż ten rozważny ongi, wykwintny i mądrze swymi dobrami gospodarujący człowiek podupadł, zadłużył się i wła­ściwie nic więcej nie posiadał jak tylko nieskalany honor rycerski i miłość swej córeczki. Nie chcąc jej sprawiać przykrości, starał się usilnie o to, by do kla­sztoru nie dotarła wieść o jego zubożeniu.

Dwa razy do roku odwiedzał córkę w klasztorze. Dziewczynka, z głębi serca kochająca ojca i podziwia­jąca w nim pierwowzór wszystkich cnót rycerskich, zwróciła uwagę, że oczy starzejącego się ojca od pew­nego czasu nie spoglądają już tak dumnie jak ongi, że policzki są zapadłe, a dokoła ust rysują się coraz głębsze bruzdy. Przypisywała jednak to wszystko jego samotności i nalegała, by ją zabrał z klasztoru do domu. Hrabia wzdychał, potrząsał głową i mówił, że nie może tego uczynić, gdyż na zamku znajdują się sami mężczyźni, nie miałaby więc tam należy­tej opieki. Nie może jej zabrać z klasztoru, dopóki nie zamieni opieki bogobojnych mniszek na towarzy­stwo szlachetnego rycerza-małżonka.

Nie podobało się to Garcindzie. Choć u zakonnic nie brakło jej rozrywek, a jasnooka Aigleta była spryt­ną dziewką, znającą się na żartach i mimo dyscypliny klasztornej płatającą pocieszne figle — Garcinda uczuwała tęsknotę za światem, a ponadto rada by bardzo całe swe serce łaknące miłości poświęcić ojcu.

Ten jednak stanowczo obstawał przy tym, że nie godzi się z obyczajem rycerskim, aby młodziutka pan­na bawiła na zamku między samymi mężczyznami; po każdej takiej rozmowie szybko opuszczał klasztor i żegnał się z córką, która, pogrążona w smutku, z wieży klasztornej wypatrywała, póki ojciec nie zni­kał na zakręcie gościńca.

Mijały tak lata, hrabianka dorosła, a zacne zakon­nice, choć niechętnie rozstawały się ze swymi wycho­wankami, dziwiły się, dlaczego pan de Malaspina nie myśli o wydaniu swej córki za mąż. Nie wiedziały, że ze wstydu, iż musiałby przed zięciem wyznać swe ubóstwo, stary hrabia nigdy nie wspominał o swej córce...

Pewnego poranku, gdy się go nikt nie spodziewał na zamku, hrabia przyjechał sam jeden na swej bułanej szkapie i zapukał do bramy cicho, jak ciężko chory prosi o wpuszczenie do szpitala. Gdy odźwierny, obu­rzony na wczesnego gościa, wyjrzał przez zakratowanie okienko w żelaznej bramie, przeraził się tak bardzo, że drżące jego ręce z trudem mogły poruszyć rygiel i wpuścić pana de Malaspina. Twarz bowiem hrabiego była trupio blada, a oczy takie osowiałe i ponure, jakby nie wracał z zabawy na zamku bogatego sąsiada, hrabiego Peire de Gaillac, a z piekła świętego Patry­ka lub z innego, gorszego jeszcze miejsca, w którym z upiorami spędził noc.