— Osiodłaj konia, Geoffroy — rzekł hrabia Hugo, z trudem dźwigając się z krzesła i zamykając list swą pieczęcią. — List ten musi dziś jeszcze być dorę­czony przeoryszy klasztoru Montsalvaire. Chcę rozmó­wić się tu z moją córką. A że sam do niej udać się nie mogę... ostatnia jazda nocą bardzo mnie osłabiła, muszę położyć się do łóżka... życzę sobie, abyś pojechał po kuzynkę i sprowadził ją tu jak najszybciej. Weź ze sobą pachołka, aby w jukach przywiózł suknie i wszy­stko, co moja córka ma w klasztorze. Przeorysza po­życzy koni dla dziewczyny i panny służebnej. Proszę ją o to w liście. W połowie drogi przenocujecie na fol­warku La Vaqueira, gdyż moja córka nie przywykła do tak długiej jazdy konno, a lato jest upalne. Wie­czorem trzeciego dnia spodziewam się was tu zoba­czyć.

Młodzieniec wziął list, zatrzymał się chwilę u pro­gu, jakby chciał jeszcze o coś zapytać, potem rzekł tylko: — Stanie się tak, jak każesz, panie! — i ukło­niwszy się, wyszedł. W korytarzu wydało mu się, że ktoś woła go po imieniu, przystanął więc na chwilę, chcąc się przekonać, czy się nie pomylił. Gdy jednak nic więcej nie usłyszał, pobiegł do stajni, wyprowa­dził swego konia, dał jednemu z nielicznych, pozo­stałych jeszcze na służbie pachołków zlecenie, by szy­kował się do drogi — i z niezwykłą szybkością wydo­stał się przez most zwodzony z zamku.

Wykonał zlecenie z wielkim pośpiechem, gdyż lękał się, by hrabia nie zmienił postanowienia i nie kazał mu wracać. Od ośmiu bowiem lat, a więc przez cały czas nieobecności Garcindy na zamku, nie zdarzyło się ani razu, by go stryj wysłał kiedy do Montsalvaire; widocznie starannie unikano, by kuzynostwo się nie spotkało. W latach dzieciństwa Garcinda najbardziej z wszystkich lubiła swego małomównego i przekor­nego kuzyna, syna wędrownego śpiewaka, który już wówczas w małej wieży starał się jak najbardziej odosobnić od ludzi. Służba szeptała między sobą, że tylko z powodu młodego Geoffroy hrabia wysłał swą córkę do klasztoru zamiast wziąć do domu wychowa­wczynię, jak to zwykle czynią wdowcy, nie chcąc rozstawać się z dziećmi.

I oto Geoffroy został teraz wysłany, by sprowadził kuzynkę, która — jak powszechnie mówiono — wyrosła na przecudnej urody pannę. Czyżby ktoś ubiegał się o rękę Garcindy, iż więcej nie trzeba jej było strzec przed rozmiłowaniem się w kuzynie? A może podczas nocnej jazdy przyłączyła się do starego hrabiego jako towarzyszka na swej upiornej szkapie Śmierć i skłoniła go, aby pogodził się z Bogiem i ludźmi, pozwolił swemu dziecku tak postąpić, jak mu serce nakazuje? Takie myśli zaprzątały głowę mło­dzieńca, gdy szykował się do drogi.

Gdy jednak stracił z oczu zamek Malaspina, za­przestał dręczących rozmyślań i począł sobie przypo­minać towarzyszkę zabaw dziecięcych; żywo przed je­go oczyma stanęła jej zgrabna postać, urocza twarzy­czka, białe ząbki i ciemne, roześmiane oczy. Dzień był pogodny; piękne niwy Prowansji rozpościerały się w przepychu złotych zbóż; po raz pierwszy życie wy­dało się chłopakowi rozkosznym darem. Począł śpie­wać pieśń, tę, którą ojciec jego zdobył sobie serce matki. Znalazł ją w śpiewniku, między papierami po­zostawionymi przez matkę:

Lo douz chans d’un auzehl

Que chantava en un plays,

Me desviet l’autr’ier

De mon camin...10

Nie wiedział, dlaczego właśnie ta pieśń, którą zre­sztą zawaze czytał z wielką zgryzotą, przyszła mu na myśl. Dziś śpiewał ją pełnym głosem i z radością w sercu.