Gdy jednak pod wieczór zbliżył się do klasztoru, ucichł, a czoło jego znowu przesłoniły chmury. Serce silnie mu biło, gdy zapukał do bramy i podał jednej z zakonnic poprzez kratę list do przeoryszy; czekał przed bramą na odpowiedź, gdyż nie wolno mu było przestąpić progów klasztoru. Niebawem otrzymał odpowiedź, że zlecenie hrabiego będzie wykonane; nazajutrz rano zastanie mu wydana hrabianka i jej towarzyszka; przeorysza prosi, aby udał się na noc do domku ogrodnika znajdującego się opodal klasztoru; tam są przygotowane noclegi dla gości klasztornych, tam też otrzyma wieczerzę.
Noc dłużyła się bardzo młodzieńcowi; najwierniejszy jego przyjaciel, sen, nie zjawiał się, jak zwykle, by skrócić czas oczekiwania.
Skoro zaświtało, osiodłał konia, pożegnał się z ogrodnikiem i wraz ze swym pachołkiem udał się pod bramę klasztorną, by oczekiwać pojawienia się Garcindy.
Niebawem otwarła się brama, wyszła przeorysza, a za nią wszystkie zakonnice. W ich gronie znajdowała się hrabianka i jej towarzyszka. Poczęły się uściski i błogosławieństwa, łzy i westchnienia, tak że Geoffroy przez dłuższy czas nie mógł przypatrzyć się twarzy swej kuzynki, wciąż otoczonej welonami i białymi kapuzami zakonnic. Tylko błysk czarnych oczu i połysk jasnych włosów wprawił go w takie zmieszanie, że nie słyszał wcale, gdy przeorysza przystąpiwszy doń zapytała, czy jest doprawdy posłańcem hrabiego de Malaspina i czy to on przyniósł wczoraj list domagający się wydania młodej hrabianki. Dopiero pachołek, który ze złożonymi do modlitwy rękami gapił się na święte kobiety, widząc, że Geoffroy nie odpowiada wcale na pytania przeoryszy, trącił go łokciem i przywrócił w ten sposób do przytomności. Geoffroy począł tłumaczyć, że pan Hugo zachorzał11, nie może sam przybyć po swą córkę; polecił mu więc zabrać ją; przykazał, by nie forsować jazdy i przenocować w La Vaqueira.
Przeorysza poczęła się wahać, czy można tak młodemu człowiekowi powierzyć dziewczynę; zatroskanym wzrokiem powiodła ku niebu, a potem zwróciła się do kilku starszych zakonnic, pytając je o radę.
Wtem spośród zakonnic wysunęła się Aigleta, córka mamki Garcindy, i podając rękę młodzieńcowi zawołała:
— Witajcie, panie Geoffroy! Co za smukły młodzian wyrósł z waszeci12 w tych ośmiu latach, gdyśmy się po raz ostatni widzieli!
Słowa te przekonały przeoryszę, że rzeczywiście młodzian jest posłańcem hrabiego Hugona. Uścisnęła Garcindę, zrobiła nad nią znak krzyża i pomogła jej sama usiąść na starym siwku klasztornym. Geoffroy umieścił Aigletę na rączym koniku i wśród płaczu, powiewania chustkami, nawoływań i ostatnich słów pożegnania, ruszyła mała kawalkata13 spod bramy klasztoru Montsalvaire.
Początkowo jechali w zupełnym milczeniu. Po kilku zapytaniach, jak się ojcu wiedzie i co w domu zaszło — Garcinda ani słowem więcej się nie odezwała do Geoffroy; może urażona była krótkimi, acz pełnymi szacunku jego odpowiedziami.
Potem jednak Aigleta, której rozstanie z klasztorem widocznie wcale nie martwiło, wprowadziła żywszy, weselszy ton; zaczęła opowiadać, jak to co dzień obmyśliwała inne psoty, by zapobiec nudzie i monotonii życia w murach klasztornych. Umiała doskonale naśladować głosy poszczególnych zakonnic, ich szepty, gdy je ktoś obserwował, ich śmiechy, gdy nie było nikogo w pobliżu, ich kłótnie i złośliwości, ich czułostkowość. Imitowała głęboki głos przeoryszy opisującej niebezpieczeństwa i pokusy świata. Wreszcie wygłosiła żartobliwą przemowę, w której opisywała, jak to szatan czyha na cnotliwe dziewice, opuszczające zacisze klasztoru, i jak zapewne w tej chwili zakonnice modlą się, by odważni rycerze, a zwłaszcza młodzi kuzynkowie nie czynili zamachów na cnotę dziewiczą...