— Czy poznajesz go? To pierścień zaręczynowy me­go ojca; wierność, którą ślubował mój ojciec, wręcza­jąc ten pierścień swej umiłowanej, okupił życiem. Oto wręczam go tobie i ślubuję wobec Boga i naszej wier­nej przyjaciółki: nigdy nie będę należał do innej ko­biety prócz Garcindy de Malaspina!

— A ja do żadnego mężczyzny prócz ciebie, Geoffroy!

— Amen, oby tak było! — rzekła Aigleta i złączyła ręce małżonków.

Potem przyklękli przed obrazem Madonny i przez chwil kilka cicho się modlili.

Gdy wstali i padli sobie w ramiona, Aigleta niepo­strzeżenie opuściła izbę. Wyszła do ogródka i uplotła dwa wianki róż.

— Nie ma wesela bez wieńców! — rzekła, wróciwszy do izby i wieńcząc ich czoła.

Geoffroy udał się następnie do stajni, osiodłał ko­nia i wyprowadził na most zwodzony. Tu oczekiwała go już Garcinda. Siadła przed nim na siodle, Geoffroy wspiął konia ostrogami i — zniknęli w lesie. Niezbyt wielki ciężar miał koń do dźwigania. Prócz miecza i sztyletu Geoffroy wziął tylko śpiewnik swego ojca. Garcinda nic ze sobą nie wzięła z zamku ojcowskiego prócz tego, co miała na sobie.

Przy blasku księżyca oddalili się od zamku ścieżyną leśną. Niewiele z sobą mówili. Tylko od czasu do cza­su Garcinda obracała się ku niemu, całowała go i szep­tała: mój mężu... Nie zdawali sobie wcale sprawy, jak niepewma przyszłość ich czeka; rozkoszowali się swym szczęściem, jakby żaden cień, żadna troska i niebezpie­czeństwo nie przesłaniało ich miłości.

Gdy jednak opuściwszy las dostali się na pagórek, z którego Garcinda dopiero przed kilku dniami po wie­lu latach pobytu w klasztorze przypatrywała się zam­kowi swych przodków — ujęła nagle cugle konia i za­trzymała go.

— Dlaczego tu mamy zatrzymać się, najdroższa? — zapytał Geoffroy.