— Rozkaż, co mam czynić! Życie moje ma dla mnie tylko tę wartość, że mogę je dla ciebie poświęcić. Nigdy nie wypowiedziałbym tego, co przepaja moje serce, gdyby nie to nieszczęście, które cię spotkało. Nie jesteś hrabianką, dumną córą pana de Malaspina, którą w snach mych przyrównywałem do dalekiej gwiazdy, hen w niebotycznych wysokościach. Jesteś biedną, nieszczęśliwą, udręczoną istotą i nie pogardzisz sercem miłującym cię nad życie. Najdroższa, rzeknij słowo, a wskoczę na koń i popędzę do Gaillaku16, by ten sztylet zatopić w piersi człowieka nastającego na twą cześć, choćbym ten czyn okupić miał natychmiastową śmiercią.

Po raz pierwszy uśmiech wy kwitł na jej bladej twarzy.

— Geoffroy — rzekła zbliżywszy swe wargi do krwawej rany na jego czole — twe słowa są podyktowane gorączką. Pójdź, połóż się, Aigleta, która zna się na, tym, obmyje twą ranę i przyłoży lekarstwo. Musisz pokrzepić się jedzeniem i snem. Przyjmuję bowiem to, co mi ofiarujesz... życie twe... Kiedy opo­wiadałeś o tym, co cię spotkało, zastanawiałam się nad tym, co mi należy uczynić. Ale nie pora teraz mówić o tym... Patrz, oto przychodzi twoja lekarka, oddaję cię pod jej opiekę, nie pożałujesz, jeśli będziesz posłuszny, i jak najprędzej odzyskasz siły... A ty, Aigleto, zajmij się gorliwie moim kuzynem i bacz, aby mógł jak najlepiej wypocząć...

Młodzieniec z podziwem patrzał na hrabiankę; nie mógł pojąć, że zachowywała taki spokój, kiedy prze­cież wrócił z Gaillaku z odmowną odpowiedzią i wszel­kie próby odwrócenia nieszczęścia były z góry skaza­ne na niepowodzenie.

Aigleta zaprowadziła go do jego izby w odosobnio­nej wieży, opatrzyła ranę, zmusiła do pokrzepienia się napojem i jadłem i opuściła wreszcie, gdy zauwa­żyła, że zasypia.

Niedługo spał Geoffroy. Obudził się po kilku godzinach wypoczęty, nie czujący bólu głowy, który mu przedtem silnie doskwierał; czoło miał dzięki balsamowi Aiglety chłodne, a serce dzięki tajemniczym zapowiedziom Garcindy gorące. Usiadł obok okna, wpa­trywał się w promienie słoneczne, powoli przesuwa­jące się coraz bardziej na zachód, i w ptactwo okrąża­jące wieżę. Nikt mu przez wiele godzin nie zmącił: spokoju. Pachołkowie siedzieli na kamiennych ławkach obok bramy zamkowej; dziewczęta znajdowały się widocznie w swej komnacie, gdyż nie zjawiły się ani razu. Na chwilę tylko ujrzał Geoffroy pana Hugona, który zbliżył się do swego okna i wpatrywał w głębo­ką fosę zamkową, jakby się zastanawiał, czy nie nale­żałoby położyć kres męce... Włosy i broda hrabiego sta­ły się śnieżnobiałe, twarz wychudła. Po chwili znikł z okna jak widmo...

Wreszcie słońce zaszło, nad lasem wzniósł się sierp księżyca i osrebrzył ogródek róż przed wieżą. Za­milkło ptactwo, słychać było rechot żab w fosie zam­kowej. Było talk jasno w wieży, że młodzieniec mógł odczytać każdą literę w oprawnym w pergamin śpiew­niku swego ojca. Nie wiedział jednak, co czyta...

Minęło sporo czasu — i oto z zamyślenia obudziły młodzieńca kroki. Przypadł do drzwi, otworzył je i ujrzał na progu obie dziewczyny. Powitały go tylko skinieniem głowy; dopiero gdy weszły do ciasnej izdebki, rzekła Garcinda:

— Widzisz... dotrzymuję słowa... Ale czy ty przez dzień nie powziąłeś innego postanowienia? Czy nie żal ci się uczyniło, że zbyt pośpiesznie wypowiedziałeś słowa, które słyszałam dziś rano?... Czy prawdą jest, że miłujesz mnie nad życie? I że życie poświęciłbyś dla mnie? Możesz śmiało mówić, Aigleta wie o wszy­stkim. Wiedziała ona już pierwej niż ja sama, że serce moje należy do ciebie... O mój drogi, już w La Vaqueira... gdyśmy rozmawiali o gwiazdach i nocą prze­chadzali się po łąkach... byłam tylko dlatego taka ci­cha i smutna, gdyż przeczuwałam, że tracę cię, że nie­bawem nie będę swobodnie rozporządzała własnym sercem i ręką. Bóg świadkiem: byłam wtedy zdecydo­wana okazać posłuszeństwo ojcu, gdyby moją rękę ofiarował obcemu jakiemuś, ale szlachetnemu czło­wiekowi. Ale stać się ofiarą niefortunnej gry w kości, być odstąpioną zwyrodniałemu osobnikowi w nie­szczęsnej chwili, jakby zwierzę lub kawał złota — nie, tego zaprawdę Bóg sam nie wymaga, choć nam przykazał, byśmy czcili ojca i matkę. Widziałam we śnie matkę... płakała pochylając się nade mną... wiem, że gdyby żyła jeszcze, raczej uciekłaby ze mną w świat daleki, a nie dopuściłaby, bym dostała się do łożnicy pana de Gaillac... Oto jestem u ciebie, najdroższy, i jeśli prawdą jest to, co mi powiedziałeś dziś rano, a wierzę twym słowom, mam szczerą wolę natychimiast, tu, wobec Boga i mej Aiglety jako świad­ka, poślubić cię i uciec z tobą w świat... Wiem, że ojciec mój nie wsiądzie na koń, by nas ścigać i ukarać syna, tak jak to uczynił jego ojcu; ojciec mój bowiem zdaje sobie sprawę, że nie jemu sądzić nas przystoi, gdyż sędzia musi być człowiekiem bez win... A my, dokądkolwiek się dostaniemy, czyż nie będziemy szczęśliwi? Ja przy tobie, Geoffroy, a ty przy swej Garcindzie!

Po tych słowach podała mu swą drobną rączkę. Geoffroy początkowo stał nieruchomy i milczący, jakby nie rozumiał zgoła jej słów. Podziałały one na nie­go wprost obezwładniająco. Potem jednak opamiętał się i, zdejmując pierścień z palca, rzekł: