Przez chwilę panowała w sali cisza. Potem przysko­czyli do mnie pachołkowie... Oprzytomniałem znowu w lochu, na wilgotnej słomie; krew spływała mi po twarzy, czułem dotkliwy ból na całym posiniaczonym ciele; dziękowałem jednak Bogu, że nie muszę więcej słyszeć bezecnych słów miotanych na ciebie, Garcindo.

Nie wiem, co się działo w ciągu nocy i następnego dnia. Popadłem bowiem w ciemnym lochu w głęboki sen. Około godziny dwunastej następnej nocy obudził mnie nagle blask pochodni; uczułem dotknięcie mięk­kiej ręki kobiecej. Obok mego łoża stała kochanka hra­biego i uczyniła znak, bym milczał i szedł za nią. Po­prowadziła mnie przez kamienne schody, a potem przez wiele krużganków i komnat do małych drzwi, które otworzyła kluczem.

— De Gaillac postanowił, byś w lochu zginął z gło­du — szepnęła. — Chcę cię uratować. Uciekaj! Za ty­mi drzwiami stoi osiodłany koń; przytroczyłam do siodła kosz z jadłem i napojem dla ciebie. Gdybyś kie­dy zapragnął kobiety, przybądź do Carcassonne i pytaj o Agnieszkę z Sardynii; wskażą ci, gdzie mieszkam...

Czekała, co na to powiem; widocznie spodziewała się słów podziękowania i czułego pożegnania. Kiedy jed­nak milczałem, uchyliła drzwi i dotknąwszy ustami rany na mym czole rzekła:

— Biedny chłopcze, zasłużyłeś na lepszy los...

Wskoczyłem na siodło i ruszyłem w cwał. Chłód no­cy orzeźwił mnie, czułem, że gorączka ustępuje. Popę­dzałem konia do coraz szybszego biegu i oto jestem tu... Tak skończyła się moja misja...

Garcinda wstała z ławki i przystąpiła do młodzień­ca, jakby mu chciała coś powiedzieć. Nie mogła jed­nak dobyć głosu z gardła; ze spuszczonymi oczyma stała naprzeciw niego.

Natomiast Aigleta powiedziała:

— Pójdę i przyniosę balsamu i płótna, byśmy mogły opatrzyć ranę.

Ledwo poszła, gdy Geoffroy padł na kolana przed milczącą dziewicą, ujął jej ręce i zawołał: