Tego samego wieczora przybył do zamku Gaillaka; popędzał konia do szybkiego biegu, by czasu nie tra­cić. Gdy go wprowadzono do sali, hrabia siedział wła­śnie przy wieczerzy: towarzyszyło mu kilku kompanów i jedna z jego przyjaciółek. Na niskim stołeczku u stóp hrabiego siedział karzeł. Piękna kobieta nalewała wciąż do srebrnego puchara czerwone wino i spijała odrobinę słodkiego napoju, po czym podawała puchar hrabiemu, który go wychylał do dna.

— Wręczyłem hrabiemu list — ciągnął Geoffroy — nie mówiąc ani słowa; podczas gdy czytał, myślałem, jak by przy tym stole wyglądała ta, która list napi­sała... Na tę myśl krew uderzyła mi do twarzy, czu­łem, że mąci mi się w głowie; musiałem oprzeć się na rękojeści miecza, by nie upaść. Jeden z gości spostrzegł­szy to, zawołał, by mię odprowadzono do izby zajmowanej przez służbę i tam nakarmiono, gdyż zapewne jestem wygłodzony po całodziennej jeździe. Na to rze­kłem: — Poczekam tu na odpowiedź i natychmiast wrócę do domu. — Tymczasem hrabia przeczytał list. Podał go, nie mówiąc ani słowa, sąsiadce. Ledwo ta przeczytała pierwsze słowa, poczęła się głośno śmiać.

— Kazanie! — zawołała. — Hrabio, dostajesz za żo­nę świętą kobietę!

Po czym zaczęła głośno odczytywać list. Słowa, któ­re kamienie wzruszyłyby do łez, w sali tej wywołały tylko szydercze śmiechy. Po odczytaniu listu kobieta ta dumnym wzrokiem po­wiodła po całej sali i rzekła:

— Niech przyjedzie tu ta świętoszka! Nienawidziłam jej, gdyż myślałam, że opanuje cię, hrabio, i bę­dzie tu władała. Ale jeśli jest podobna do listu, któ­ry napisała, nie lękam się jej! Nie tobie, Peire de Gaillac, przystoi włosiennica i pas nabity kolcami. Przy­wykłeś do żaru piekielnego, marzłbyś w atmosferze niebiańskiej. W piekle radość wielka panuje, gdy szatan widzi ludzi grzeszących, kipiących życiem! Piję za twe zdrowie, hrabio, oby twa cnotliwa i święta bog­danka niebawem pomnożyła nasze grono!

List, który krążył tymczasem po wszystkich obec­nych, dostał się teraz w ręce karła.

— Nie tak trzeba ten list odczytać! — zawołał bła­zen. — Zważcie, jak to zrobić należy!

I począł wyśpiewywać głowo w słowo tonem, jakim w kościele odczytuje się litanię.

Nie mogłem się więcej opanować. Przyskoczyłem do bezwstydnika, wyrwałem mu list z ręki i uderzy­łem z taką siłą w głowę, że potoczył się i upadł na po­dłogę.

— Jeśli nie mam otrzymać odpowiedzi godnej da­my, która mnie wysłała, to niechby zamilkły bezczel­ne usta, naigrawające się z szlachetnej dziewicy i ściągające w błoto jej słowa.