Wieczorem pierwszego dnia przyszła do niego Garcinda. Nie odważył się spojrzeć na swe własne dziecko; gdy przystąpiła i dotknęła lekko ręką jego ramienia, całe jego ciało wstrząsnęło się, zsunął się z krzesła na podłogę i, czoło przyciskając do jej stóp, objął rękami jej kolana; z trudem zdołała go podnieść i odprowadzić na łoże. Odtąd nie przestępowała progu jego komnaty.
Trzeciego dnia o świcie Garcinda obudziła spoczywającą obok niej Aigletę.
— Słyszysz? Moja droga, słychać na moście dudnienie kopyt... tak... coraz bliżej... słyszę, otwierają bramę... to on! Matko Boska, co mi przyniesie? Życie czy śmierć?
Wyskoczyła z łóżka i szybko wdziała płaszcz. Również Aigleta pośpiesznie opuściła łoże.
Do izby sączyło się czerwone światło wschodzącego słońca i barwiło blade policzki hrabianki.
Byłaby wybiegła naprzeciw Geoffroy, gdyby miała na tyle sił; nagle uczuła bezwład w nogach; jakby je obciążono i przykuto do podłogi.
Stała na środku izby, gdy wszedł.
Również i on był blady, a gdy na powitanie pochylił głowę, Aigleta zauważyła, że nie zdjął skórzanej czapki, która sięgała do połowy czoła. Natomiast Garcinda nic nie widziała prócz jego smutnych, głęboką melancholią owianych oczu...
— Wracasz ze złymi wiadomościami... — rzekła.
Potem usiadła na ławce obok okna i słuchała jego relacji: