— Ucieka pan przede mną, panie pułkowniku, ale to panu nie pomoże — wołał za nim młodzieniec — musi mnie pan wysłuchać! Kogoś przecież muszę zna­leźć, kto by mi poradził, komu mógłbym się zwierzyć. Czy pan wie, skąd przychodzę? Tak, może się pan do­myślić, bo widział mnie pan na drodze, wiodącej z wil­li... Ale że po raz ostatni tam byłem, tego pan nie wie. Muszę panu opowiedzieć, dlaczego sobie poprzy­siągłem, że więcej noga moja tych progów nie prze­stąpi.

— Nie jestem wcale ciekaw — mruknął stary, nie zatrzymując się. — Zapewne Węgierka dała panu ko­sza. Dobrze tak panu. Niech pan podziękuje Panu Bo­gu, żeś się pozbył tej czarownicy. Lepiej od razu niż potem, gdy byłoby za późno...

— Drogi przyjacielu — odparł młodzieniec melan­cholijnym, cichym głosem — jest pan wielkim znawcą ludzi. Raz tylko z daleka przypatrywał się pan tej nie­bezpiecznej kobiecie i już ją pan przejrzał. Ale ta kobieta, która dla pana zawsze była antypatyczna, miała nade mną taką władzę...

— Proszę pana — przerwał stary — niech mi pan zaoszczędzi tych wyznań; już dość zaprzątał mi pan głowę swymi uczuciami. Pan wie, że przy takich roz­mowach łatwo tracę cierpliwość.

— Nie dziwię się panu! — zawołał młodzieniec. — Wszak i ja, pozostając tak długo pod jej urokiem, nie­jednokrotnie byłem narażony na najcięższe próby. Dziś nadzieja, jutro rozpacz; dziś jagnię niewinne, ju­tro drapieżna pantera. Jestem optymistą; pan wie o tym. Nigdy nie pojmowałem pańskiej zasady, aby zawsze i o wszystkim myśleć jak najgorzej. Ale tu wreszcie uświadomiłem sobie, że jestem zabawką w rękach złej, przewrotnej kobiety. Wyobraź pan sobie: wczoraj przejeżdża ona na swym mule przed moim domem; za nią służący dźwigający w koszu mnó­stwo róż alpejskich; siedzę właśnie na balkonie, palę i przyglądam się ruchowi ulicznemu. Gdy mnie ujrza­ła, zsiadła ze zwierzęcia i wraz ze służącym weszła do domu; po chwili była przy mnie na balkonie. Uśmie­chając się rozkosznie, podała mi rękę, potem rozsypała na stole wszystkie róże i poczęła mi robić wymówki, że tak dawno u niej nie byłem, że zaniedbuję ją... Wyśmieje mnie pan, gdy powiem, że byłem na tyle głupi, iż dziś poszedłem do niej z formalnymi oświadczynami. Ale pan wcale się nie śmieje! A gdybym panu opowiedział, jaką komedię dziś odegrała, śmiałby się pan zapewne...

Stary nie odpowiadał. Szli obok siebie w cieniu drzew, pogrążeni w myślach. Młodzieniec jednak nie mógł długo wytrzymać milczenia. Począł znowu:

— Tak, szanowny panie, szczęście, że nie dałem się odstraszyć pańską opryskliwością i staram się dotrzeć do pana, choć pan tak starannie unika ludzi. Chcę, aby mnie pan wziął pod swą opiekę, aby pan wypędził ze mnie tę nieszczęsną wrażliwość i dobroduszność, która naraża mnie na coraz nowe rozczarowania. Chcę być pańskim uczniem, chcę, aby mnie pan nauczył do­strzegania plam na każdym słońcu, węża w kielichu każdego kwiatu. Naucz mnie pan ludzi nienawidzić, pogardzać nimi, a będę panu wdzięczny do zgonu.

Stary chrząknął; nie wiadomo, czy był to wyraz śmiechu, czy złości. Przystanął, zmierzył młodego czło­wieka od stóp do głów i rzekł:

— Za naukę trzeba płacić, panie hrabio. Czy pan myśli, że kilka kropli potu, które z powodu jakiejś kokietki sperliły pańskie czoło, to dostateczna zapła­ta? Nie wie pan sam, co pan mówi.

— O, pan ze mnie kpi; już wiem, że u ludzi nie znajdę pocieszenia, jeśli mnie nawet pan nie rozumie. Będę szukał uspokojenia tam, gdzie i pan je znalazł: w przyrodzie!