Po tych słowach usiadł na murawie obok drogi. Naprzeciw stały wysokie drzewa orzechowe, których listowie przesłaniało stary mur zamkowy okryty powojem; z muru tego padał szeroki cień na drogę.
Stary stanął obok hrabiego i wpatrywał się weń, jak głodny żebrak wpatruje się w wystrojonego dzieciaka, żalącego się, że zepsuła mu się zabawka.
— Uspokojenie?... spokój?... w przyrodzie chce pan szukać spokoju, uspokojenia?... Niech pan szuka, gdzie pan tylko chce, w pracy, w konfesjonale, w butelce — tylko nie w przyrodzie. Chyba żeby pan zwrócił się, tak jak ja, do... kamieni. Ale pańska „przyroda”, która ma pana rzekomo uspokoić, to tylko coś w rodzaju kulis teatralnych: kilka słomianych dachów, zachodzące słońce, fletnie pastusze, beczące jagnięta, poszum potoku, w którym pan łowiłby pstrągi na kolacją... A potem, gdy pan już będzie miał te kulisy i orkiestrę, czym prędzej zacznie się pan rozglądać za jakąś primadonną, która zmąci ten pański „spokój”, a właściwie... nudę. Pan jest zanadto zamożny, rozpieszczony, samolubny, by zdobyć spokój tam, gdzie jedynie można go znaleźć i gdzie go święci mężowie faktycznie znaleźli.
— A mianowicie?
— W pustyni.
— W pustyni? Nie, mój panie, to nie są słowa na serio. A dlaczego pan tam się nie wybrał, aby wielbłądom i szakalom prawić kazania o nienawiści do człowieka, zamiast żyć w tych dość kulturalnych okolicach?
— Powtarzam, że nie rozumie pan, co pan mówi — rzekł stary ponuro. — Tam gdzie ja od lat wielu żyję, między skałami i lodowcami, są warunki gorsze niż na podzwrotnikowych pustyniach. Zszedłem w te doliny tylko po to, by się przekonać, czy łagodniejsze powietrze nie pomoże mi na reumatyzm, srodze mnie trapiący od pewnego czasu. Gdyby nie to, żadna siła nie skusiłaby mnie, bym tu bawił. Jest tu zbyt rojno... motłoch ludzki psuje powietrze... Interesować mnie mogą chyba tylko kamienie w parowie... Ale chodźmy już; upał wzmaga się coraz bardziej.
Stary wszedł na stromą ścieżynę, wijącą się tuż obok muru zamkowego między niskimi krzewami. Niski rów biegł koło muru. Nagle stary zatrzymał się i począł wpatrywać się w niewielką kałużę, połyskującą w rowie.
— Co pan tu odkrył?
— Ów spokój w przyrodzie, który pan tak zachwalał. Widzi pan tego czarnego robaka na skraju kałuży? I widzi pan tę pijawkę, która się zakrada... o, patrz pan... chwyciła go... patrz pan, jak się wije z bólu ten ślimak!