— Wstrętne! Podaj mi pan laskę, usunę zbója od ofiary.

— Moją laskę? Czym głupiec, abym pomagał robić głupstwa?

— Panie pułkowniku!

— Obraził się pan? Jak pan uważa... Ale niech się pan najpierw zastanowi, czy ma pan prawo grać na cudzy koszt rolę zbawiciela. Gdyby anioł przechodził obok rzeźni i rzeźnikowi, mającemu ubić wołu, w szla­chetnym oburzeniu zdruzgotał mieczem rękę, cóż by pan na to powiedział? A może pan podejmie się ży­wić wszystkie pijawki w rowach własną krwią lub założyć stację ratunkową dla ślimaków?

— Przyznaję: nie możemy zapobiec wiecznemu sta­nowi wojny w przyrodzie... Ale winne grona nie jęczą, gdy się je ścina, zboże nie płacze, gdy się je miele, a ludzie, którzy widzą, jak owoce ziemi wokół nich dojrzewają, zyskują taki spokój wewnętrzny, jakiego zaprawdę nie ma na tak zwanym wielkim świecie. Czy przypatrzył się pan twarzom ludu tutejszego? Prawdą, pan odwraca głowę, ilekroć w pobliżu jest twarz ludzka.

— Mam swoje powody — odparł stary głucho i po­czął iść tak szybko, że hrabia tylko z trudem mógł za nim nadążyć.

Niebawem obeszli dokoła okrągłą wieżę wystającą z muru i przekonali się, że wysokie ruiny zamku tworzą czworobok, nowy bowiem mur prowadził do następnej wieży, jeszcze bujniej obrośniętej powojem. Niemniej obficie listowie pokrywało powierzchnię mu­ru i pustych okien. Całe miejsce to było doskonale chronione przed wiatrem; drzewa orzechowe stały jakby straż dokoła olbrzymiego czworoboku. Gdy wędrowcy dotarli do trzeciej wieży, ujrzeli bramę za­bitą deskami; było w niej jednak pozostawione nie­wielkie wejście, tyle tylko, by człowiek mógł się prze­cisnąć. Naprzeciw bramy znajdowała się niewielka winnica i miniaturowy ogródek warzywny.

— Co za romantyczny zakąteik! — krzyknął entu­zjastycznie hrabia — jak z bajki! Muszę to zwiedzić... Patrz pan, tam pasie się kilka wieprzy, a w ogródku są kury. Kto tu może mieszkać?

— Nie mam wcale ochoty przekonać się o tym... — mruknął stary.

— A ja nie lękałbym się wcale...