— Lękać się? Nie, mój panie. Dobrze, zobaczymy, co się tu dzieje.

Przedostali się przez ciasne wejście i stanęli na obszernym podwórzu zamkowym. Najpierw uderzyło ich zupełne zaniedbanie tego miejsca. Tu dopiero do­strzegli, że jedno skrzydło zamku jest jeszcze jako ta­ko utrzymane, natomiast reszta znajdowała się w kom­pletnej ruinie. Nie było wokół żadnego śladu, jakoby tu ludzie mieszkali. Pod niewielkim daszkiem, zbitym z gontów, a przytykającym do muru, leżały wprawdzie rozmaite narzędzia rolnicze, pług, kilka połamanych grabi, jakieś stare deski, żerdzie — ale wszystko to było pokryte warstwą kurzu. Stała tu też stara karo­ca; miała taki wygląd, jakby co najmniej przez kil­kadziesiąt lat sterczała tu nieużywana i narażona na niszczące działanie deszczu i śniegu; żelazne szpry­chy kół były zardzewiałe, skórzane poduszki popę­kane i wypłowiałe. Na koźle leżał wielki szary kot i spał.

— Myślę, że zaspokoił pan już swą ciekawość — rzekł stary. — Chodźmy stąd, zanim czarownica, do której należy ten kocur, pojawi się w oknie.

Młody hrabia stał w zamyśleniu.

— Nie — rzekł — mam wielką ochotę zwiedzić wnętrze tych ruin. Jeśli pana, panie pułkowniku, to nie interesuje, pójdę sam. Co za rozkoszna cisza. Żaden dźwięk tu nie dolatuje; tylko najwyższe szczyty gór dostrzec można z tego podwórza. Jak malownicze jest wszystko, co tu widzimy! Oto pustynia, pułkowni­ku, w której mógłbym spędzić życie. Od młodości ma­rzyłem o takim kącie odosobnionym od świata, a peł­nym romantycznego uroku...

Wtem rozległ się z oddali strzał.

— Słyszy pan? — rzekł stary.

— Ktoś poluje.

— Albo też ktoś strzelił do człowieka lub też do samego siebie.

— Co za romanse pan wymyśla?