— Romanse! — mruknął stary. — Czy mógłby pan na pewno twierdzić, że każda stopa ziemi, po której pan stąpa, nie została kiedyś użyźniona krwią ludzką?
Młody hrabia nie odpowiadał. Zamyślił się nad słowami starca.
— A jednak te ruiny są zamieszkałe... — rzekł wreszcie, rozglądając się dokoła. — Czy nie słyszy pan tam na pierwszym piętrze jakichś dziwnych dźwięków?... Zobaczmy, co się tam dzieje...
Przystąpili do na wpół uchylonych drzwi. Ciemne drewniane schody prowadziły na piętro. Oczy z trudem przyzwyczajały się do półmroku panującego na schodach.
Ze zdumieniem rozejrzeli się dokoła siebie. Oto byli w olbrzymiej, bardzo wysokiej, mrocznej sali. Przez szpary zabitych deskami okien wnikało skąpe światło. Ostry zapach suszonych roślin i swądu idącego z jakiegoś pieca kuchennego drażnił gardło.
Na drugim końcu sali były otwarte małe drzwi i przez nie można było zajrzeć do niewielkiej izby, której ściany wyłożone były deskami o wypełzłej już, żółtawej politurze. Obok okna w tej izbie, pod starym krucyfiksem ozdobionym różnymi kwiatami leśnymi siedziała przy kołowrotku młoda dziewczyna i spała. W kącie izby na łóżku leżała jakaś stara kobieta, również pogrążona w głębokim śnie.
— Pułkowniku — szepnął hrabia — weszliśmy w krainę baśni. Jesteśmy w zaczarowanym pałacu. Ta dziewczyna siedząca na ławce przy kołowrotku to chyba królewna, o której nam w dzieciństwie niańka opowiadała, a ta stara, leżąca na łóżku, to czarownica, wiedźma...
— Marzycielu! Czy chce pan odegrać rolę księcia, wyzwalającego tę dziewczynę spod władzy wiedźmy?
Rozmowa ta, acz szeptem się odbywająca, zbudziła jednak „zaczarowaną królewnę”.
— Kto tam? — szepnęła drżącym głosem i zwróciła przestraszoną twarz w stronę olbrzymiej hali, starając się poprzez panujący mrok dojrzeć tych, którzy ją obudzili.