— Dwaj obcy, chcący zwiedzić ten zamek — rzekł hrabia i wszedł do izby. — Widzę, że przychodzimy nie w porę... Proszę wybaczyć...

— Babka śpi... ojca nie ma w domu... W zamku nie ma nic do zwiedzania... to opuszczone ruiny...

Hrabia z rosnącym wciąż zdumieniem rozglądał się po izbie. Nędza wyzierała z każdego kąta. Na stole w popękanej glinianej misie leżały resztki polenty19; dzban z mlekiem obsiadły niezliczone muchy; stara, łatana bielizna wisiała na sznurach w pobliżu tynko­wanego niskiego pieca. Również i strój dziewczyny świadczył o wielkim ubóstwie; tylko gładko zaczesane ciemne włosy, spięte starym mosiężnym grzebieniem, dowodziły pewnej dbałości.

— Moje dziecko — rzekł hrabia — bardzo mi przy­kro, że zbudziłem cię ze snu. Ale że już się to stało, czy nie byłabyś łaskawa oprowadzić mnie po zamku? Miałbym ochotę zakupić te ruiny, oczywiście gdyby właściciel się zgodził.

— Ojciec jutro dopiero wróci. Proszę z nim pomó­wić. On ma klucze od wyższych pięter. A tu są same puste komnaty.

— Czy zamek należy do ojca?

— Nie, panie. Ojciec jest tylko dozorcą.

— A od dawna tu mieszkacie?

— My?.... Nie wiem. Może od trzech lat.

— A gdzie byliście przedtem?