— Jest to matka naszej signoriny — tłumaczył mi stary — mam na myśli prawdziwą matkę, tę, która zmarła przed piętnastu laty. Była to piękna kobieta... Córka jest do niej podobna... Nasza panienka jest jed­nak o wiele weselsza niż matka; przypomina ptaszka w klatce wciąż przeskakującego z miejsca na miejsce...

— I śpiewa również jak ptaszek — zauważyłem z pozorną obojętnością. — Czy to nie ona śpiewa nad nami?

— Tak jest. Kapelmistrz naszego teatru dwa razy tygodniowo tu przyjeżdża. Gdy potem papa przybywa w odwiedziny... bawi u nas zwykle przez cały dzień... signorina śpiewa mu nowe arie, a wtedy biedak jest jakby w raju. Gdyby nie to dziecko, lepiej byłoby zaprawdę memu panu na tamtym świecie...

— Dlaczego? — zapytałem. — Czy chory?

— Można to również j tak określić... Ja przynaj­mniej wolałbym być w grobie niż tak żyć... Kto go znał, gdy był jeszcze w służbie wojskowej... Olbrzymi Giovanni di Bologna, wykuty w kamieniu na rynku, nie spoziera na świat bardziej rycersko niźli mój pan generał w tych czasach, gdy pełnił jeszcze służbę. A teraz... Teraz siedzi całymi dniami w fotelu przy oknie, bawi się wycinankami lub gra w domino... Zdaje się, jakby nic nie słyszał i nie widział; gdy mówi do niego żona, patrzy na nią przestraszony i potakuje. Tylko jeśli chodzi o córkę, jest wciąż jeszcze taki jak za dawnych lat, nie da się nikomu omamić...

— A co za przyczyna tego, że popadł w taki stan?

— Tego nikt nie wie, mój panie. Zaszło w domu coś takiego, o czym tylko po kątach ludzie szeptają... Ja zawsze utrzymuję, że żona... mam na myśli obecną panią generałową, zadała mu cios, który go z nóg zwalił. Znosi on nieszczęście jak żołnierz głód i prag­nienie, choćby nawet przy tym zmarniał...

Rozmawiając weszliśmy na piętro. Coraz wyraźniej słychać było śpiew. Głos miał w sobie coś ostrego; był to wysoki sopran, pełen młodzieńczej siły.

— Jak nazywa się signorina? — zapytałem.

— Beatrice. Zwiemy ją jednak zwykle Bicetta. O, co za złote serce! Moja Nina powiada często: ojcze, powia­da, gdyby Bicetta miała czekać, aż znajdzie męża, który by był jej wart, nie wyszłaby nigdy za mąż. Oto, pa­nie, jej pokój. Tu leżą jej książki; czyta czasem do późna w nocy, powiada Nina, i to w różnych językach. Obraz nad jej łóżkiem wyobraża mojego biednego pa­na w mundurze generalskim. Ale chodźmy, nie ma tu zresztą nic osobliwego. Meble, jak pan widzi, są bar­dzo stare. Pan generał chciał przysłać z miasta nowe meble, ale signorina nie zgodziła się na to. Bo tak tu wszystko wyglądało, gdy nieboszczka jej matka spę­dzała pierwsze lato jako młoda mężatka. Tu na balko­nie siedziała zawsze wieczorami... dziecko leżało w ko­łysce... stąd spoglądała w stronę miasta i oczekiwała powrotu męża...