Wyszedłem na balkon i począłem głaskać pieska, który mnie wczoraj tak głośno oszczekiwał, a teraz, widząc mnie w towarzystwie starca, łasił się do mnie.

Każde słowo poczciwego staruszka było kroplą oli­wy, padającą w trawiący mnie żar wewnętrzny...

By się nie zdradzić, skierowałem rozmowę na styl, w jakim dworek był zbudowany, mówiłem o wykłada­nym mozaiką stole, stojącym pośrodku wielkiej sali, do której właśnie weszliśmy, potem z udanym zainteresowaniem przypatrywałem się obrazowi al fresco3 na suficie. Nie mogłem się zdecydować na wyjście z tego dworku, chociaż mój przewodnik zaczął okazy­wać coraz większe zniecierpliwienie.

Nagle w sąsiednim pokoju śpiew ustał, drzwi się otwarły — i na progu, z nutami w ręku, stanęła ona.

Tak blisko jej jeszcze nie widziałem. A jednak nie widziałem jej wyraźniej niż w poprzednich dniach; mąciło mi się w oczach. Dostrzegłem tylko, że ma na szyi mój medalion.

Stary zaczął, jąkając się, wypowiadać jakieś śmieszne słowa usprawiedliwienia.

— To nic nie szkodzi, Fabio — rzekła. — Oprowadź pana, jeśli chce zwiedzić dom i park. A ty, Nino — rzekła do swej towarzyszki siedzącej z robótką w ręku na niskim krześle obok fortepianu — pójdź także i wytłumacz panu, co mamy w domu i ogrodzie ze starych zabytków.

Szepnęła swej towarzyszce coś do ucha, wciąż na mnie spoglądając, a potem z wielkim wdziękiem skinęła mi głową. Następnie zwróciła się do swego nauczyciela, który z ciekawością przypatrywał się ca­łej scenie.

Zeszliśmy ze schodów i udaliśmy się do ogrodu. Tu Nina zwróciła się do ojca:

— Bicetta poleciła mi, bym zerwała dla pana dwie pomarańcze. Jest pan zapewne spragniony po długiej przechadzce. Chodźmy w stronę fontanny; tam są naj­dojrzalsze.