Szedłem za starym i Niną i od czasu do czasu odwracałem się, by spojrzeć w okna na pierwszym piętrze, skąd wciąż jeszcze rozbrzmiewał śpiew. Żaluzje w oknach pokoju były tylko spuszczone do połowy; widziałem, że Bicetta stoi obok okna i wpatruje się w nas. Nina również często patrzała w tamtą stronę. Nie miałem wcale zamiaru ukrywać przed nią niczego; wprost przeciwnie: chciałem z niej zrobić naszą powiernicę. Ponieważ jednak stary wciąż był w pobliżu, mogłem jej dopiero wtedy, gdy zbliżyliśmy się do bramy, a stary począł manipulować kluczem, szepnąć:
— Pozdrów ją i powiedz, że usłyszy jeszcze o mnie...
Więcej nie zdołałem powiedzieć, gdyż stary otworzył bramę i pożegnał mnie o wiele mniej uprzejmie niż wtedy, gdy mnie wpuszczał do domu. Widocznie zaczął coś podejrzewać...
Część nocy spędziłem pisząc długi list do niej; opisywałem swój stan duchowy i składałem swe szczęście i przyszłość w jej ręce. Potem zasnąłem i obudziłem się dopiero koło południa. Zebrałem się i ruszyłem w drogę, by sam być listonoszem i doręczyć epistołę, która miała zadecydować o mym losie. Sprzyjało mi szczęście: przygotowałem sobie mówkę, którą zamierzałem wygłosić, gdyby stary nie chciał przyjąć listu, by go wręczyć signorinie. Ale gdy zadzwoniłem, pojawiła się u bramy zamiast niego córka, Nina; mogłem sobie więc zaoszczędzić wielu słów. Nie była wcale zdziwiona moim widokiem. Przyjęła też list bez żadnych skrupułów. Ale na moje pytanie, czy otrzymam od signoriny odpowiedź, zrobiła minę wielce dyplomatyczną i rzekła:
— Kto to może wiedzieć?...
Powiedziałem jej, że na wszelki wypadek przybędę znowu następnego dnia, proszę, by mnie tu oczekiwała; nie chciałbym bowiem dzwonić i wtajemniczać starego w całą korespondencję.
— Ojca mego? — rzekła i roześmiała się. — Nie lękamy się go wcale! Wygląda tak, jakby miał zamiar kogoś połknąć, a jest łagodny jak baranek. Ale niech pan lepiej jutro przyjdzie trochę później. Mamy jutro po południu lekcję rysunków; gdy pan profesor sobie pójdzie, będziemy miały więcej czasu. Dobrze?
W tej chwili usłyszałem turkot powozu na gościńcu. Nina szybko się ulotniła, ja zaś pobiegłem wzdłuż muru i skryłem się za zakrętem. Niebawem ujrzałem, ostrożnie wychylając głowę, że powóz zatrzymał się przed bramą. Z miejsca obok woźnicy na koźle zeskoczył ojciec Niny i pomógł wysiąść z powozu wysokiemu, zupełnie już siwemu mężczyźnie; z oczu, czoła, nosa starca poznałem natychmiast, że to ojciec Beatrice. Szedł nieco pochylony i stawiał bardzo małe kroki. Nie doszedł jeszcze do bramy, gdy Bicetta wybiegła na gościniec i rzuciła się ojcu na szyję.
Jak spędziłem resztę dnia i noc następną, sam nie wiem. Byłem jakby oszołomiony, odurzony... A jednak zupełnie nie odczuwałem niepokoju... Dziwne! Byłem pewien serca tego dziewczęcia, tak jak pewien byłem, że nazajutrz promienie słoneczne rozproszą ciemności nocy. Tylko czas dłużył mi się w nieskończoność; nie mogłem się doczekać tego rozsłonecznionego jutra.
Muszę jeszcze wspomnieć tu o osobliwym spotkaniu, które miałem następnego poranka w jednym z kościołów. Udałem się tam tylko w tym celu, by skrócić czas oczekiwania; ani obrazy, ani rzeźby nie interesowały mnie zgoła. Byłem tak roztargniony, że zapomniałem stłumić kroki, mimo że właśnie odprawiano mszę. Dopiero niechętny pomruk jakiejś starej kobiety przypomniał mi, że zachowuję się niestosownie. Zatrzymałem się obok pierwszego z brzegu filara i wsłuchiwałem się w grę organów i śpiewy na chórze. Nagle dostrzegłem, że wpatrują się we mnie uporczywie ciemnoniebieskie oczy... Naprzeciw mnie na bocznej ławce siedziała jakaś piękna kobieta i nie spuszczała ze mnie oczu. Wyznaję, że innym razem byłbym niechybnie na to odpowiednio zareagował. Tego ranka byłem jednak zupełnie niewrażliwy; cóż mnie obchodziły spojrzenia, gdy dusza moja przepełniona była żarem płynącym od innych oczu? Gdy wreszcie po skończeniu mszy wszyscy ruszyli z miejsc, zauważyłem, że piękna kobieta zbliża się do mnie. Nie była już pierwszej młodości, nieco otyła, jednak wciąż jeszcze tak świeża i piękna, że mogła wzbudzić zainteresowanie. W ręce trzymała mały wachlarz z rączką z perłowej masy. Otworzyła go i kilkakrotnie poruszyła białą ręką w moją stronę, patrząc mi przy tym wprost w oczy. Potem, gdy widziała, że stoję nieporuszony i jakbym nie rozumiał wcale wymowy jej oczu i ruchów wachlarza — dumnie podniosła głowę i przeszła obok mnie.