Zapomniałem oczywiście natychmiast o tym spot­kaniu.

O umówionej godzinie byłem w pobliżu willi. Prze­straszyłem się bardzo, gdy zamiast Niny, którą spo­dziewałem się zastać obok bramy, ujrzałem jej ojca. Ale stary z daleka już dał mi znak, bym się zbliżył.

— Napisał pan list do signoriny — rzekł, potrzą­sając głową. — Dlaczego pan tak postąpił? Gdybym był przypuszczał, że pan to zrobi, nie byłbym pana wpuścił do domu. A obiecałem przecież panu genera­łowi, że nikt... mój Boże, co to będzie! Lękam się my­śleć o tym...

— Odwagi, stary przyjacielu — rzekłem. — Nie miałem wcale zamiaru podejść pana. Gdybyś był wte­dy, byłbym wręczył list tobie... byłbym ci pozwolił przeczytać go nawet, abyś widział, że nic w nim nie było zdrożnego...

— Chodźmy — rzekł, przerywając moje słowa. — Nie traćmy czasu. Robi pan wrażenie przyzwoitego młodzieńca, a zresztą: jakże bym mógł przeszkodzić, gdy ona tak chce. A gdy ona coś postanowi, to trudno się oprzeć. Powiedziała mi: „Przyprowadzisz do mnie tego pana, chcę się z nim rozmówić...”

Byłem odurzony tymi słowami. Spodziewałem się tylko listu... Nie marzyłem o niczym więcej.

Stary był wprost wzruszony, gdy zacząłem silnie potrząsać jego ręką; poznał, jaką radością przejęła mnie ta wiadomość.

Zaprowadził mnie, jak przedwczoraj, do sali na par­terze. Wszystkie firanki były rozsunięte, a okna otwar­te; naprzeciw kominka stały dwa krzesła; gdy weszli­śmy, z jednego z nich wstała Bicetta i postąpiła kilka kroków naprzeciw mnie. W ręce miała książkę; dojrza­łem, że wystawał z niej brzeg mego listu. Bicetta mia­ła rozpuszczone obfite pukle włosów. Na jej piersi wi­dniał mój medalion.

— Fabio — rzekła — otwórz drzwi do ogrodu i usiądź na tarasie, na wypadek gdybym cię potrzebo­wała.

Stary ukłonił się i wyszedł.