— Ha, cóż robić...
— Czy przynosisz chleb również i do tego starego zamku?
— Tak.
— Jak nazywają ludzie te ruiny?
— Planta. Właściciela już od niepamiętnych czasów tu nie było. Mieszka tylko rządca z córką i matką... diablica ta starucha... szczerzy do każdego dwa zęby, które jeszcze tkwią w dziąsłach... Rzadko rządcę zastać tu można.
— A gdzie się włóczy całymi dniami?
— Jest zawołanym strzelcem. Znaleźć go można na wszystkich turniejach strzeleckich. Usiedzieć nie może w domu. Co prawda, niewiele miałby tu do roboty. Wszystkie pola i winnice są wydzierżawione.
— Czy to chłop tutejszy?
— Nie, panie. Nikt nie wie, skąd pochodzi. Ani on, ani matka i córka z nikim tu nie przestają. Już rok minął, odkąd im dwa razy tygodniowo przynoszę chleb, a wiem tyle o nich, co pierwszego dnia. Co miesiąca punktualnie otrzymuję pieniądze, a reszta mnie nie obchodzi. Żal mi tylko dziewczyny. Piękna, dorodna i jeszcze byłaby ponętniejsza, gdyby miała coś przyzwoitego do ubrania. Nawet w święta idzie na mszę do kościoła raniutko, bo nie ma co na siebie wdziać. No, ale dość gadania, trzeba się śpieszyć, bo przede mną jeszcze daleka droga.
Hrabia wstał, by jeszcze przed porą obiadową dostać się z powrotem do miasta. Przeżycia poranne wywarły na nim silne wrażenie. Zajście, jakie miał z fałszywą, kapryśną kokietką, która go przywabiła, aby go zawstydzić — zeszło na drugi plan. Natomiast na pierwszy wysunął się obraz dziewczęcia, które ujrzał śpiące przy kołowrotku. Odczuwał litość nad tą zaniedbaną istotą, z której jednak promieniował jakiś zagadkowy czar. Był rad, że nie ma teraz przy sobie pułkownika, starego zrzędy, który swym sarkazmem zmąciłby wrażenia zaznane w ruinach zamkowych. Schodząc po stoku góry, wciąż myślał o fantastycznej romantyce tego opuszczonego zamku i tej zagadkowej istocie przy kołowrotku...