Starucha ręką zrobiła ruch wypraszający go za drzwi. Dziewczyna siadła spokojnie przy kołowrotku i zupełnie nie interesowała się tym, co się rozgrywa w izbie.
Było zgoła niemożliwe porozumieć się ze starą. Czystego włoskiego języka, którym hrabia próbował z nią się dogadać, nie rozumiała; nie chciała również przyjąć pieniędzy, które jej ofiarował za oprowadzenie go po ruinach zamkowych.
— Babka jest głucha — szepnęła dziewczyna. — Porozumieć się umie tylko z ojcem i ze mną.
— A więc dlaczego ją obudziłaś? — rzekł młody hrabia, spoglądając na nią z wyrzutem. — Powiadasz, że ojciec jutro będzie? Dobrze więc, przyjdę tu jutro. A tymczasem do widzenia, Filomeno!
Dziewczyna milczała. Wracając po ciemnych i ciasnych schodach hrabia słyszał skrzek staruchy, gniewnie z wnuczką rozprawiającej.
Odetchnął swobodnie, gdy znalazł się wreszcie na podwórzu zalanym potokiem promieni słonecznych. Również i tu nie zastał pułkownika. Opuścił więc podwórze i opodal zamku, blisko dróżki wijącej się w cie-mu drzew orzechowych, położył się na mchu, by odpocząć przed wyruszeniem w dalszą drogę.
Po pewnym czasie usłyszał zbliżające się kroki i niebawem na dróżce pojawiła się młoda kobieta dźwigająca na grzbiecie wielki kosz.
— Dokąd? — zapytał.
— Roznoszę chleb z miasta po dworkach okolicznych.
— Ciężka to droga w takim skwarze...