Na widok młodej pary hrabia skrył się w krzewach gęsto rosnących obok drogi. Dopiero gdy minęli go młodzi, zatopieni w ożywionej rozmowie, poszedł pośpiesznie w stronę zamczyska.
W dolinie leżały już głębokie cienie, ale wysokie pokryte powojem ściany zamku skąpane były jeszcze w potokach słońca. Myśli hrabiego od wczorajszego dnia tak często krążyły wokół tych murów, iż miał teraz wrażenie, jakby tu było stałe jego miejsce pobytu, a teraz wracał znowu po dłuższej nieobecności. Filomenę zastał na podwórzu; rozłupywała siekierą na wielkim pniu jakąś zeschłą deskę; widocznie szykowała opał do kuchni. Teraz, w świetle słonecznym, suknia jej wydała mu się jeszcze nędzniejsza niż wczoraj; sprawiało mu to pewną przykrość, boć przecie w swych snach wystroił ją tak czarownie...
Przez kilka chwil spoglądał na nią w milczeniu i nie zadał pytania, które cisnęło mu się na wargi.
Widocznie przeczuła, o co chce zapytać, gdyż odpowiedziała:
— Nie ma jeszcze ojca w domu. Nie wiem też, kiedy wróci.
Powiedziawszy to, zabrała się znowu spokojnie do swej roboty.
— Jestem zmęczony długim marszem. Czy wolno mi tu trochę wypocząć? — rzekł wreszcie i nie czekając na odpowiedź, usiadł na zbutwiałej ławie pod murem.
— A dokąd ojciec poszedł? — zapytał po chwili.
— Na strzelnicę do Lany.
— Czy często bawi poza domem przez szereg dni?