Która podnosi lica coraz bledsze —

A jej tamburyn, jak czarów muzyka,

Brzmi kędyś w chmurach — i dreszczem przenika.

Niemy, jak gdyby okrzyk mógł ocucić

Ducha, co igra ze śmiercią uśpiony,

Tłum nie mógł od niej spojrzenia odwrócić.

Kalilbad tylko, jako ptak raniony,

Pochylił głowę — i zdawał się smucić.

I siedział w sobie tylko zatopiony

I myślał o tym, że nim zajdzie słońce,