Jak stado branek, przeciągły sznur
Potwornie ciemnych, gwałtownych chmur,
Na wpół rozdartych piorunu kłem.
Słucham: to gromu chrapliwy śmiech;
Okręt wyziewał ostatni dech,
I rozpryśnięty w próchna i sierci109,
Zwalił się z pianą do piekła śmierci.
Wpadam na odłam, bo mnie tam zwrócił
Jęk męża... Biedny! Na ratowanie
Swojego wroga deskę mu rzucił,