Która ohydą go, jak spędzonego

Konia ostrogą, parłaby do śmierci.

Nikt ust nie ściągał z obłudnym spojrzeniem,

Aby w swój uśmiech wcieliły to kłamstwo,

Które by język wstydził się wymówić.

Nikt w własnym sercu bezczelnym szyderstwem

Nie zdeptał iskier miłości, nadziei,

Ażeby po nich pozostały tylko

Gorzkie popioły, szczątki duszy, samej

W sobie strawionej, a potem — ów nędznik,